Drzwi samochodu zamknęły się z ostrym trzaskiem, odbijającym się głośno na tle wiejskiej ciszy. Para butów mozolnie wspięła się po schodkach wiodących na taras i dalej do drzwi. Buty kroczyły bez zastanowienia po drodze, którą szły już tysiące razy, otrzepując stopnie ze śniegu.
Nagle rozległ się głos właściciela butów, pełen zaskoczenia i złości:
- Ałuu!!! Co u licha! - i jego ręka strzepnęła pszczołę, która właśnie użądliła go w kolano. Musiał się przy tym schylić i spojrzał w dół.
Z początku mógłby przysiąc, że te dwa maleńkie ciałka są martwe. Były do połowy przykryte śniegiem, a jedno z nich leżało na boku. Ale drugie z nich, leżące na wierzchu, drżało.
Człowiek natychmiast przykucnął i wziął je na ręce:
- Gdyby nie ta pszczoła, rozdeptałbym was, maluszki! - wykrzyknął. - O mój Boże. Nie wyglądacie wcale dobrze. A do tego biała mysz... taka mała... tak daleko od miasta... - Otworzył gwałtownie drzwi i wszedł do ogrzewanego domu.
Kiedy zamykał drzwi zauważył pszczoły krążące pod dachem.
- Czy to nie trochę późno jak dla was? - odezwał się do nich.
Nie widział tego, ale kiedy zamknął drzwi, pszczoły odleciały.
W środku Smykacz zobaczył poprzez cienką warstewkę lodu na zamrożonych oczach, że jest tam wiele klatek. Wiele zwierząt. Myszy. Szczury. A do tego szafirowo niebieski szynszyla, wpatrujący się w niego przez pręty niesamowitej, luksusowej klatki z otwartymi drzwiczkami.
- Witaj - powiedział szynszyla. - Udało ci się.
Smykacz znowu zemdlał.
Obudził się w bardzo białym miejscu, ze światłami, dziwnymi zapachami i dźwiękami. Jakiś człowiek tarmosił go. Tarmosił i kłuł. Nie podobało mu się to. Próbował go ugryźć, ale człowiek był na to przygotowany, a Smykacz nie miał już siły na walkę. Na chwilę obudził się zupełnie, spanikowany i zaczął desperacko rozglądać się za Mysim Rycerzem. Był obok niego, otulony w mały kocyk z miękkich chusteczek. Nadal oddychał, chociaż bardzo ciężko i niepokojąco głośno. Smykacz popędził do niego i usiadł obok, spoglądają do góry na dwóch ludzi, którzy postawili ich na tym stoliku.
- Mniejsza mysz jest w porządku. Te same leki, co zwykle, przez dziesięć dni. Ale drugi jest tak bliski śmierci, że aż trudno uwierzyć, że jeszcze nie umarł. Znalazłeś prawdziwego wojownika. Każda inna mysz już wydałaby ostatnie tchnienie. Będzie potrzebował zastrzyków, silnych antybiotyków, inhalacji, ale nawet mimo to może umrzeć. Przeszedł prawdziwe piekło.
Drugi człowiek spojrzał na Smykacza i Mysiego Rycerza wzrokiem pełnym współczucia... Współczucia! I powiedział:
- Zrobię wszystko, co w mojej mocy, doktorze. Pieniądze nie grają roli. Proszę na nich spojrzeć. Ten mały nie odszedł od jego boku, odkąd ich znalazłem. Nigdy nie widziałem białej myszy nigdzie na wolności. Myślę, że one przyszły z miasta.
- Hm, to raczej niemożliwe - odpowiedział weterynarz. - Mysz nie byłaby w stanie przejść tak dużego dystansu. Nawet zdrowa mysz, i nawet z pomocą człowieka.
- Proszę tylko na nich spojrzeć. Nic nie jest niemożliwe.
W ciągu następnych kilku dni Smykacz był tarmoszony, kłuty, podnoszony za skórę na karku i zmuszany do picia paskudnych płynów. Jeśli to jest niebo, o którym mówił mój pan, myślał sobie, to chyba zaszła tu jakaś pomyłka.
Z drugiej strony dostawał mnóstwo jedzenia i pod dostatkiem wody. Miał ciepłe i wygodne posłanie. Bardzo wygodne. Mieszkał w klatce razem z Mysim Rycerzem, który nadal był bardzo słaby. Wyjmowano go dwa razy dziennie i dawano mu lekarstwo, potem wkładano go do małego pojemnika i napuszczano do środka jakiejś mgły. Za każdym razem, kiedy ręka przychodziła po Mysiego Rycerza, Smykacz próbował ją ugryźć, żeby nie pozwolić na zabranie jego pana. Ale człowiek tylko się śmiał, podnosił Smykacza, głaskał i odkładał z wielką łagodnością. A Mysi Rycerz powracał zawsze nietknięty, może tylko trochę zdenerwowany.
Poza tym, o czym Smykacz nie wiedział, Mysi Rycerz od razu rozpoznał człowieka. To był ten sam człowiek, którego kiedyś spotkali w parku. Ten sam, który nie zmiażdżył go, kiedy Mysi Rycerz chciał go pogryźć. Ten sam, który próbował go ochronić przed Miką. Te same długie włosy i łagodne oczy. Nie był zaskoczony, kiedy człowiek też go rozpoznał. W jakiś dziwny sposób to wszystko miało sens. Że to właśnie mógł być jego przyjazny człowiek. Zawsze był.
Wreszcie pewnego dnia Mysi Rycerz był w stanie mówić.
- Smyku - powiedział, leżąc z zamkniętymi oczami. Smykacz znalazł się przy nim w tej samej sekundzie.
- Panie! - pisnął.
- Czy... czy udało nam się, Smyku? - zapytał słabo mysz.
- Nie... nie wiem, Panie - powiedział Smykacz, rozglądając się podejrzliwie na boki. - Jesteśmy dobrze traktowani, ale ciągle mnie tarmoszą, kłują i podnoszą za skórę na karku. I ten człowiek wydaje się miły, ale ciągle cię zabiera... I jeszcze jest człowiek w jakimś białym płaszczu...
- Ha ha ha - zachrypiał Mysi Rycerz. - On tylko próbuje nam pomóc. To lekarstwo. Bez niego bylibyśmy już martwi.
- Myślałem, że już jesteśmy, mój Panie.
- Byliśmy - odpowiedział mysz. - Kto nas uratował?
- Tłuścioch - on jest Mysim Bogiem! - wykrzyknął Smykacz.
- Cooo? - Mysi Rycerz otworzył jedno oko.
- Tłuścioch przybył i uratował nas z pomocą pszczół - jest Mysim Bogiem! Prawdopodobnie był Mysim Bogiem przez cały czas i tylko grał rolę Tłuściocha!
- Smyku, kompletnie ci odbiło - powiedział rycerz.
Ale od tego dnia Smykacz zaczął widzieć rzeczy, których inni nie widzieli. Może rzeczywiście mu obiło, może był trochę szalony. Może załamał się nerwowo przy tej straszliwej próbie, którą przeszedł. Jednak Mysi Rycerz nigdy tak nie pomyślał. Przyjął, że mały mysz otrzymał dar. Dlatego kiedy Smykacz mówił, że widzi znowu Tłuściocha, kiedy rozmawiał z mamą przez sen, kiedy widział dziwnych, jaśniejących ludzi ze skrzydłami, kroczących wśród innych zwierząt albo rozmawiających z nimi - nigdy mu nie zaprzeczał.
W związku z tym Smykacz i Tłuścioch rozmawiali ze sobą od czasu do czasu. Smykacz opisał też swojemu panu jaśniejących ludzi, a Mysi Rycerz powiedział mu, że to aniołowie. W swoich snach Smykacz odwiedzał też inne zwierzęta i rozmawiał z nimi. Wszystkie były szczęśliwe, opowiadał, i zdawały się bardzo kochać człowieka. A szafirowo niebieski szynszyla miał na imię Nemo.
- Co takiego?! - zdumiał się Mysi Rycerz.
- Tak. To jest Nemo - powiedział rzeczowo Smykacz. - Jastrząb zranił go poważnie, ale udało mu się odnaleźć drogę do domu. Nie było to tak dawno temu, a on jest całkiem młody. Człowiek go wyleczył. Nemo mówi, że ciebie zna. We śnie był starym myszem, którego spotkałeś na krótko przed tym, jak walczyłeś z wężem.
Mysi Rycerz wybałuszył oczy. Nemo nie mógł od tym wiedzieć. Nie powiedział o tym nikomu, nawet Smykaczowi.
- Nemo jest bardzo mądry - powiedział w końcu. - Powinniśmy go posłuchać, jeśli uda nam się porozmawiać. Jak udało mu się wyjść na pole?
- Człowiek go wypuścił - powiedział Smykacz.
- Co!? - wykrzyknął Mysi Rycerz.
- Człowiek nie zamyka nikogo wbrew jego woli - powiedział Smykacz. - Każdy wchodzi i wychodzi, jak chce. Nemo prosił, żeby go wypuścić, bo chce zbadać okolicę - zobaczyć, jak tu jest. Powiedział, że to bardzo wzbogaciło jego ducha, czy coś takiego. Mimo że było to niebezpieczne, chciał wiedzieć, więc poszedł.
Mysi Rycerz wreszcie był szczęśliwy. To było to. Człowiek, który będzie go kochał do końca jego dni. Przyjazny Człowiek.
- Czyli możemy odejść, kiedy zechcemy - powiedział.
- Tak, tak sądzę. Kiedy będziemy zdrowsi.
- To dobrze. Ponieważ musimy wrócić do miasta - powiedział rycerz i zapadł w sen.
Minęły tygodnie i na zewnątrz panowała zima. Mysi Rycerz spotkał inne zwierzęta. Był wypuszczany z klatki i biegał wolno, dopóki nie było widać, że jest już zmęczony, wtedy wkładano go z powrotem. Nigdy nie miał ochoty na powrót, ale musiał wrócić. Rozumiał to i okazywał to przyjaznemu człowiekowi liżąc jego rękę.
Spotkał Nemo. Szynszyla był wśród tutejszych zwierząt poważanym guru i przewodnikiem duchowym. Był od nich dużo starszy, ale szynszyle żyją długo. Kilkanaście razy dłużej niż myszy. Wszyscy przychodzili do niego po radę lub po naukę.
Ponieważ Nemo umiał czytać.
- Więc nie jestem jedyny! - powiedział uszczęśliwiony Mysi Rycerz.
- Nie, bynajmniej - odpowiedział Nemo. Siedzieli razem na podłodze i jedli chrupki Cheerios. (Och, jak ogromnie Mysi Rycerz i Smykacz uwielbiali Cheerios!) - Raz na tysiąc pokoleń w każdym gatunku zwierząt rodzi się jedno, które jest niezwykłe. Dar Wielkiego Ducha dla całego gatunku. Ta jedna osoba ma szansę naprawić wiele rzeczy. Ma moc, choć może się ona wydawać niewielka, aby zmienić różne sprawy. Można zmienić wszystko, jeśli ludzie na to pozwolą.
- W każdym gatunku? - zapytał Mysi Rycerz - W takim razie wśród ludzi też urodziła się taka osoba?
- O tak. Wszyscy jesteśmy odbiciem jednego ducha.
- I co się stało? - zapytał Mysi Rycerz. Nemo spojrzał na niego smutno.
- Zabili go.
Mysi Rycerz upuścił swojego chrupka.
- Mnie też omal nie zabili!
Nemo pokiwał głową.
- Mają przed sobą jeszcze długą drogę. Są wystraszeni i zdezorientowani, tak samo jak my.
- Czy to dlatego ranią nas i traktują tak źle? - zapytał Mysi Rycerz.
- Tak. Są zalęknieni i zagubieni. Gdybyś wiedział, co robią sobie nawzajem! To nie ich wina. Kiedyś się w końcu nauczą. Jest nadzieja, dopóki istnieją wokół nas przyjaźni ludzie.
- To znaczy, że jest ich więcej!? - wykrzyknął zdumiony Mysi Rycerz.
- O tak. Tak jak nas, są ich setki. Tysiące - powiedział Nemo.
- Dzięki, teraz czuję się o wiele lepiej! - odetchnął mysz.
- Tak. Zawsze jest nadzieja - odpowiedział szynszyla.
Rozmawiali każdej nocy. Mysi Rycerz spotkał też inne zwierzęta. Każde z nich miało imię. Było tam wiele samiczek, były inne samce. Wiele, wiele innych. Szczury, myszy, szynszyle i kilka dzikich zwierząt, które były wypuszczane na wolność, gdy wyzdrowiały. Były dzikie myszy, które brały udział w walce z jastrzębiem. Kiedy je wypuszczono, zaniosły wiadomość o sukcesie Rycerza na pole. Odbyła się wspaniała uroczystość, ale Smykacz i jego pan nie uczestniczyli w niej. Było im naprawdę dobrze w ich nowym domu, gdzie uczyli się, bawili i powoli zdrowieli.
Przyjazny człowiek zauważył, że w tym samym czasie do jego domu zaczęły spływać duże stada mrówek, pszczół i myszy. Wielu ludzi byłoby tym zaniepokojonych i próbowałoby zlikwidować intruzów, ale on zauważył, że myszy rozmawiają z mrówkami a mrówki z pszczołami i po zastanowieniu zmienił zdanie. Zamiast je likwidować, zostawiał im jedzenie i wodę każdego dnia. Starał się nie przeszkadzać im, kiedy odkrył, że zamieszkały w jego piwnicy. Zostawił nawet włączone ogrzewanie w nieużywanej komórce i nie zalepiał pęknięć w fundamentach, którymi przedostawały się myszy i owady. Wręcz przeciwnie, był raczej zadowolony i zaszczycony tym, że ze wszystkich możliwych domów wybrały akurat ten.
W końcu nadszedł dzień, w którym Mysi Rycerz czuł się już zupełnie dobrze. Nie oddychał tak głęboko i łatwo jak kiedyś, ale udało mu się przetrwać. Ciągle był silny. Minęło już wystarczająco dużo czasu. Pokusa, żeby zostać w tym domu, była ogromna, jednak nie mógł tego zrobić. Pomysł, żeby wracać do miasta w zimie był szalony i przerażający, ale gdyby tego nie zrobił, wiele myszy, które poznał, zmarłoby ze starości, nie mówiąc już o zimnie, chorobach i drapieżnikach. Musiał wrócić, żeby dotrzymać obietnicy, którą złożył Drzewince. Jeśli nadal na niego czekała. Każdej nocy po cichu dziękował przyjaciołom, którzy oddali za niego swoje życie, aby doprowadzić tę misję do końca. Jak utrzymywał Smykacz, Tłuścioch skomentował to: "Tylko by spróbował nie być wdzięczny!" Mysi Rycerz roześmiał się. To bez wątpienia były słowa Tłuściocha. Spytał też Smykacza, czy widział kiedyś Mikę, ale mały mysz smutno potrząsnął głową.
Spakował więc swoje rzeczy (i kilka chrupek), po czym odkrył, że człowiek dotrzymywał obietnic. Pokrywa akwarium była uchylona. Wskoczył na górną krawędź ścianki, a wtedy obudził się Smykacz.
- Panie! Dokąd idziesz?!
- Wracam do miasta, Smyku. Muszę to zrobić. Muszę przyprowadzić twoją mamę i innych - inaczej nasza podróż byłaby bardzo samolubna i bezsensowna.
- Idę z tobą! - wykrzyknął Smykacz i zaczął zbierać jedzenie.
- Nie, zostajesz tutaj, Smyku - rozkazał Mysi Rycerz.
- Panie - jęknął Smykacz. - To głupie! Znowu się rozchorujesz. Nie uda ci się dotrzeć tam zimą!
- Muszę iść, Smyku - odpowiedział mysz. - Honor nie pozostawia mi innego wyboru. Jeśli umrę próbując, cóż, są gorsze rodzaje śmierci. Przynajmniej wiem, że zakończyłem swoją misję. Ty będziesz tego dowodem.
- Panie, proszę. Nie idź.
Ale Mysi Rycerz odwrócił się już, żeby odejść.
I zobaczył Nemo, który siedział tam czyszcząc wąsiki.
Nemo uśmiechnął się. Jeden z tych uśmiechów mówiących "rozumiem wszystko", które ludzie malują na twarzach świętych na starych obrazach.
- Jest prostszy sposób - powiedział. Mysi Rycerz i Smykacz nachylili się ku niemu z nastawionymi uszami.
Śpiący człowiek poczuł, jak wąsiki łagodnie ocierają się o jego twarz. Podrapał się i przewrócił na drugi bok.
Nemo odwrócił się do Mysiego Rycerza.
- Czasami jest trochę nierozgarnięty - powiedział i wskoczył mu na twarz.
- Aaaaaa! - wrzasnął człowiek i usiadł gwałtownie na łóżku. Spojrzał w dół i zobaczył Nemo i Mysiego Rycerza wśród pościeli. - Rany, Nemo! O co chodzi? O tej godzinie?
Nemo zeskoczył z łóżka i podbiegł do drzwi frontowych. Mysi Rycerz starał się za nim nadążyć. Daleko mu było do szybkości i zwinności szynszyli.
Szynszyla uderzył łapką w drzwi i spojrzał na człowieka, który stał w drzwiach z niedowierzaniem na twarzy.
- Czy nie wystarczy ci jedna nauczka?! - zapytał człowiek. - Poza tym czemu tak wcześnie? Co może być aż tak ważne???
Nemo spojrzał na mysz, potem na drzwi, potem na człowieka.
- Mysz chce wyjść? - człowiek był zdziwiony, ale nie zaskoczony.
Nemo wskoczył na stół i położył łapkę na jednej z książek, które tam leżały.
- Dobrze, już dobrze - powiedział człowiek i usiadł. Mysz wdrapał się po jego nodze i wyżej na ramię. Człowiek otworzył książkę na pierwszej lepszej stronie. Nemo przyjrzał się jej i wskazał łapką jedno słowo.
- "Musi" - przeczytał człowiek. Mysi Rycerz wstrzymał oddech - zdał sobie sprawę, co się dzieje.
Nemo przyjrzał się kolejnym zdaniom i wskazał łapką.
- "Wracać" - człowiek wyglądał na znużonego. Nie był zaskoczony. Nemo nauczył się rozmawiać w ten sposób z człowiekiem! Uszka Mysiego Rycerza sterczały wysoko. Oczy błyszczały. Spojrzał w dół na klatki. Smykacz też to widział.
Nemo obrócił stronę i znalazł następne słowo. I następne.
- Musi wrócić do rodziny - powiedział człowiek, a jego twarz wyrażała najwyższe zdumienie. - Mysz chce wrócić i sprowadzić swoją rodzinę! - wykrzyknął.
Nemo skinął głową. Mysi Rycerz zbiegł z ludzkiego ramienia i wbiegł na książkę. Wskazał łapką jedno słowo.
Człowiek uśmiechnął się.
- "Proszę" - potrząsnął głową. - Wiedziałem, że jesteś bardzo niezwykłą myszą, maluszku. Wiedziałem - wstał i poszedł do sypialni. Po chwili wrócił ubrany i z kluczykami do samochodu.
- W porządku. Chodźmy po twoją rodzinę, dzielny myszu.
- Och, dziękuję! Dziękuję, mój panie! - wykrzyknął Mysi Rycerz.
Ale rzecz jasna człowiek usłyszał tylko "Piip, piip".
I to było wystarczająco dużo.
Rozdział 10: Spełnienie marzeń
The Mouse Knight is © copyright 2002 by Cutter Hays. All rights reserved.
Reprinted and translated with the permission from the author.
For the Polish translation © copyright 2005 by Bianka Dziadkiewicz.
Wykorzystanie jakiegokolwiek fragmentu tekstu wymaga zgody autora.