Menu
strona główna
forum
adopcje
cele Stowarzyszenia
dołącz do nas
regulamin SPS
nasze akcje
bannery
opieka nad szczurem
porady weterynarza
interwencje
chcę pomóc
pobierz
Mysi Rycerz
kontakt

Ankieta

Zaloguj
Użytkownik:
Hasło:
Zapamiętaj 
Zapomniałem hasła

Ostatnie tematy
» [Szczecinek i okolice] przygarnę samiczkę!
» łączenie szczurów
» nowotwór:(
» [SZUKAM] WARSZAWA - LUBLIN/CHEŁM
» (Lublin, Chełm) Przygarne 2 szczurki
» Dziwne zachowanie ogonka
» [Warszawa] dwaj bracia agouti szukają dt i ds pilnie!
» [Warszawa] dwóch panów dumbo szuka ds
» Przygarne 2 szczurki :)
» [Poznań] Dwa samce do adopcji

Mysi Rycerz

Rozdział 8: Pielgrzymka Mysiego Rycerza

Część I: Drużyna wyrusza

Część II: Wielka Bariera

Część III: Plemiona Nemo

Część IV: W czarnej godzinie





Część I: Drużyna wyrusza


Cały dwór stał w pełnej szacunku ciszy, oddając cześć zmarłym matkom i wojownikom, którzy zginęli za wolność ich krewniaków i dzieci. Stary król skłonił głowę i wszyscy ucichli. Nie było ciał zmarłych - tylko wspomnienia. Wiele myszy powstało i opowiadało historię tych, którzy odeszli. O ich życiu, szczęśliwych chwilach i największych osiągnięciach. Taki jest obyczaj wśród myszy, aby pamiętać tylko o dobrych rzeczach, a szybko zapominać o złych (jeśli były w ogóle jakieś złe rzeczy). Tak więc świętowano to, co było dobre, myszy ucztowały i rozmawiały o bohaterach, którzy mężnie oddali swoje życie. Mysi Rycerz został obsypany pochwałami i obwołany zbawcą, jak zwykle, ale było oczywiste, że obwinia siebie za śmierć tych walecznych myszy. Wygłosił kilka słów o tym, jak odważne i chwalebne były ich ostatnie chwile (tak odmienne od okoliczności, w jakich zazwyczaj giną gryzonie), po czym oddalił się do odległego kąta sali tak, aby nikt nie zauważył, gdzie się ukrywa.

Rzecz jasna, nie udało mu się nabrać Miki.

Mika nie odezwał się słowem, po prostu usiadł przy swoim przyjacielu i odpoczywał. Usadowił się zaś w ten sposób, żeby zasłonić Mysiego Rycerza przed resztą sali, tak żeby nikt nie niepokoił małego mysza.

Po chwili milczenia Mysi Rycerz westchnął.

- Nie wiedzieć czemu, myślałem, że nikt nie ucierpi - powiedział ze smutkiem.

- Na świecie zawsze jest wiele cierpienia - odrzekł Mika. - Ale wybrać, jak się będzie cierpieć - to bardzo wiele. Byli wolni, mogli wybrać, jak zginą. Żadnych węży, butów czy chorób. Nie byli ofiarami. Ty dałeś im ducha do walki.

Mysi Rycerz spojrzał na swojego wielkiego przyjaciela.

- Ale jednak umarli. Te wszystkie matki i silne myszy...

Mika łagodnie złapał zębami małego mysza za kark i obrócił tak, żeby mógł wyjrzeć spod szyi szczura na salę, po czym powiedział:

- Patrz.

Były tam inne matki, biorące pod opiekę osierocone dzieci. Było wiele myszy rozmawiających przyjaźnie z myszami i szczurami, które poprzednio więziono w klatkach na karmę. Były szczury łagodnie prowadzące zranione myszy do wygodnego miejsca w pobliżu jedzenia. A król wyznaczał nowych wojowników, młode i ochocze myszy, które ustawiły się w kolejce tak długiej, jak mysi wzrok sięga, aby przyjąć to stanowisko z wdzięcznością i zachwytem.

Mysi Rycerz uśmiechnął się wbrew woli i spojrzał znowu na Mikę.

- Dzięki. Tego właśnie potrzebowałem.

- W końcu wszystko się ułoży, panie rycerzu - odpowiedział Mika.


Mysie królestwo stało się teraz tak silne, jak nigdy dotąd. Szczury i myszy zgodziły się, że dwa królestwa zawrą przymierze przeciwko okrucieństwu i bezmyślności ludzi, a jego patronem został Mysi Rycerz. Wiele szczurów przyszło do małego mysza, aby go zobaczyć, podziękować mu i wylizać go osobiście (co zajęło kilkanaście minut!). Wszyscy przyznali, że dzięki jednej myszy, która ośmieliła się marzyć o rzeczy niemożliwej, dokonano cudów.

Szczury nie miały króla, ale większość zgodziła się, że ich prawowitym przywódcą jest Mika, on jednak wolał wędrować samotnie. Wśród nich panowała prawdziwa demokracja, każdy miał wolność głosu. Każdy mógł też odejść w dowolnej chwili, jednak wszystkie (ponad setka szczurów) pozostały i pomagały przy budowie mysiego gniazda.

...spędzali razem dużo czasu... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Mika spędzał czas z przyjaciółmi i ze swoją dziewczyną, którą przedstawił Mysiemu Rycerzowi. Nie miała imienia, ponieważ nie była nigdy zwierzęciem domowym. Mika mówił do niej "mała", i chyba jej się to podobało. Była bardzo uprzejma, młoda i miła. Polubiła Mysiego Rycerza, a on polubił ją. Była brązowa, z jasnozłotymi przebłyskami na futrze. Miała ciemne, głębokie oczy i wypowiadała się inteligentnie. Mika najwyraźniej bardzo ją lubił. Spędzali razem dużo czasu.

Tydzień później król zwołał zgromadzenie w wielkiej sali i wszyscy się zebrali. Nadszedł czas na ostateczną i najbardziej niebezpieczną część świętej misji Mysiego Rycerza. Nikt nie śmiał błagać go, aby odłożył ją i pozostał w królestwie. Jednak wszyscy tego pragnęli. W sali ponownie zapadła głęboka cisza. Wtedy przemówił król: - Nikt jeszcze nie przetrwał podróży na Pola Przeznaczenia. Nikt nie powrócił spoza Ruchomych Gór. Wybrałeś straszliwą i śmiertelnie groźną misję, odważny Mysi Rycerzu. Królestwo prosi cię, abyś odłożył swoją podróż i pozostał z nami. Może uda nam się uwolnić więcej myszy ze sklepów zoologicznych.

Mysi Rycerz skłonił się, zmarszczył brwi i poruszył wąsikami w zamyśleniu. Wreszcie podniósł głowę, a jego oczy wypełnione były smutkiem.

- Mój Panie, zachęcam do dalszych akcji ratunkowych - powiedział. - Nie każdy sklep ma sprzedawcę, który siedzi w nim do później nocy. Nie każdego strzeże demon. Ja jednak nie mogę pozostać. Jeśli nie wyruszę, któregoś dnia królestwo upadnie.

Szepty i okrzyki zdumienia wypełniły salę. Jednak nie ze strony szczurów, ani ze strony króla. Oni rozumieli, co Mysi Rycerz ma na myśli. Cała jego przemowa była skierowana tylko do myszy.

- Szczury wiedzą, o czym mówię - Rycerz zwrócił się do myszy. - Zdarzają się wielkie powodzie. Zdarzają się zarazy. Ludzie rozdzierają Ziemię na strzępy! Któregoś dnia... nie będzie już miejsca, aby się ukryć. Szansę na utrzymanie tego wspaniałego przymierza mamy tylko wtedy, jeśli po naszej stronie będzie też człowiek. Jeśli taki człowiek istnieje, odnajdę go. Albo zginę próbując go znaleźć. Taka była moja przysięga i zamierzam jej dotrzymać! Sala zamilkła wobec siły i stanowczości jego słów. Nie było już mowy o odkładaniu podróży. Król wolno skinął głową.

- W takim razie życzymy ci szczęśliwej drogi, Błogosławiona Myszy - powiedział. - Podróż będzie długa, większość myszy umiera ze starości, nim dotrą tak daleko. Wierzę w ciebie. Wszyscy wierzymy. Niemniej jednak, próbujesz daleko przesunąć granice tego, czego może dokonać nasz gatunek.

Mysi Rycerz wyprężył ogon i uniósł pyszczek. Starał się powstrzymać łzy. Był mały i wystraszony. Nagle poczuł, że igra z losem - być może nierozsądnie. Dlaczego nie miałby zostać tutaj? Czy nie uczynił więcej, niż jakakolwiek mysz, kiedykolwiek? Czy nie zasłużył na prawo do odrobiny szczęścia i wytchnienia od bólu i samotności? Tak bardzo pragnął pozostać tu z Drzewinką! Tak bardzo nienawidził siebie samego za to, że wyrusza!

- Nie ma żadnych granic tego, czego może dokonać mysz, jeśli jest zdecydowana - odpowiedział. Jego głos nie zadrżał ani trochę.

Smykacz wpatrywał się w swojego pana tak mocno, że nawet ani razu nie mrugnął oczami. Jego twarz jaśniała podziwem i szacunkiem. Tuż obok jego mama przycisnęła łapki do serca i cicho płakała - z miłości do Rycerza i ze smutku, że musi go pożegnać.

Król miał rację. Myszy nie żyją zbyt długo. Ich życie wydaje im się całkiem długie, jednak teraz Mysi Rycerz podejmował misję, którą należało liczyć w ludzkich miarach czasu. Ludzkich odległościach. Ludzkich problemach. I w ludzkim okresie życia. Król z pewnością nie dożyje następnego lata. Nawet Drzewinka może nie doczekać powrotu Rycerza, jeśli w ogóle uda mu się powrócić. A sam Rycerz będzie ryzykował zdrowiem i życiem w każdej chwili spędzanej z dala od ukochanego królestwa, zapewniającego bezpieczeństwo i ochronę. To było zupełnie nienaturalne dla myszy. Do tego jeszcze nigdy żadna mysz nie odbyła tak długiej podróży.

Dlatego nie padło żadne słowo, nic nie mogło wyrazić natłoku emocji, który wypełnił salę. Wszyscy wiedzieli, że najprawdopodobniej widzą niezwykłą mysz po raz ostatni.

Rycerz odwrócił się, aby odejść, pełen smutku i bólu, zanim się rozmyśli. Jednak drogę zagrodziły mu szczury. Przewodził im jeden z przyjaciół Miki, bardzo duży i silny, z blizną przecinającą jedno oko.

- A ty się dokąd wybierasz? - powiedział ze szkockim akcentem - Bez żadnego porządnego ekwipunku, patrzcie go? - zakpił w stronę pozostałych przyjaciół - szczurów.

Mały mysz rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem Miki, który stał przy drzwiach. Mika skinął uspokajająco. "Wszystko w porządku. Posłuchaj ich". Szczury przywlokły na środek pokoju wielką torbę. Jednooki wyciągnął z niej szarą, lśniącą zbroję płytową - zrobioną ze skorupy langusty i wężowych łusek! Były połączone haczykami i pozaginane w odpowiednich miejscach, tak żeby pasowały na małego mysza. Szczur złożył ją u jego stóp.

- Żaden rycerz nie wyrusza w podróż bez zbroi - powiedział. Wszyscy się uśmiechnęli. Wszystko było zaplanowane! Mały mysz odwrócił się w stronę króla i zobaczył, że on też się śmieje. Naprawdę starannie zaplanowane.

Włożyli zbroję na mysza - pasowała jak ulał. Brzuch langusty był wystarczająco giętki i elastyczny, żeby można było biegać i skakać. Nie ważył też zbyt dużo. Grzbiet był najeżony i kolczasty, a po obydwu stronach szyi sterczały dwa szpikulce ogromne jak sztylety. Gdyby jakiekolwiek zwierzę rzuciło się w stronę jego głowy, wykłuło by sobie oczy! To był genialny pomysł, orzekł Rycerz.

- Poczekaj, aż zobaczysz resztę - odpowiedziały szczury.

Wyciągnęły z torby ogromną ilość plastikowych mieczy, w rozmaitych kolorach. Znacie takie miecze, używa się ich w barach (takich jak ten, na którego tyłach szczury jadły co wieczór kolację) jako mieszadełka do drinków. Następnym razem, kiedy zobaczycie takie mieszadełko, weźcie je w rękę i sami oceńcie, czy nie byłoby doskonałą bronią dla myszy. Jest mocne - przynajmniej dla małego zwierzęcia - i ostre! A tutaj było ich około dwudziestu. Ważyły tyle co nic, do tego były zapakowane w sakwy, które mogły posłużyć również do przewożenia zapasów jedzenia. Mysi Rycerz podniósł miecz i spróbował kilku pchnięć i ciosów, o których czytał.

- Ha! - wykrzyknął. Wszyscy w sali zaczęli bić brawo.

- Dalej - powiedział Jednooki i wyciągnął z torby kapsel przerobiony na mysią tarczę. Od wewnątrz miała pas na ramię i uchwyt. Na stronie zewnętrznej namalowano (dość niezdarnie) wizerunek myszy z wielkimi uszami i wąsami.

Tarcza była metalowa i przez to raczej ciężka.

- Twój giermek wymalował na niej to godło - powiedziała Drzewinka. Smykacz uśmiechnął się od ucha do ucha, aż nadęły mu się policzki. Mysi Rycerz nie mógł dłużej powstrzymać łez.

...Mysi Rycerz podniósł miecz... (Copyright 2002 Cutter Hays)

- To cudowne... tak niezwykle cudowne... wszyscy moi przyjaciele... tak mi przykro, że muszę was opuścić. Kocham was wszystkich. Ogromnie wam dziękuję.

Był tam też hełm, zrobiony z plastiku, część dziecięcej zabawki. Miał spiczastą przyłbicę, którą można było podnosić i opuszczać, jak rycerze w dawnych czasach, i doskonale pasował na Mysiego Rycerza, ponieważ szczury wygryzły w nim dwie dziury na uszy.

Szczury były bardzo zadowolone ze swojego dzieła, a Mysi Rycerz długo dziękował każdemu z nich za pracę nad tą wspaniałą zbroją. Wreszcie odwrócił się i rzucił ostatnie, długie i niespokojne spojrzenie na ciepłą i piękną salę.

- Cóż... - zająknął się - Do widzenia.

Pociągnął swój bagaż do drzwi... i spotkał tam Mikę. Z jakiegoś powodu był tam również Tłuścioch i Smykacz.

- A ty się dokąd wybierasz? - powiedział Mika, naśladując akcent jednookiego szczura.

- Na poszukiwanie przyjaznego człowieka - odrzekł poważnie Mysi Rycerz, patrząc szczurowi prosto w oczy. Doskonale wiedział, do czego zmierzali. Był mądrą myszą.

- Cóż - Mika bez słowa odebrał mu sakwy i zarzucił sobie na grzbiet, dla którego najwyraźniej były zaprojektowane, bo pasowały jak ulał. - Idziemy z tobą.

Mysi Rycerz gwałtownie potrząsnął głową i usiłował odebrać mu torby (bez skutku).

- Nie, Mika. To zbyt niebezpieczne. Nie, nie, i jeszcze raz nie.

Mika odsunął protestującego mysza jedną łapą i ziewnął:

- Jak dasz sobie radę bez nas, dzielny Rycerzu? Bez twojego rumaka i giermka?

- Nie mam zamiaru dopuścić do tego, żeby jeszcze ktoś zginął! - pisnął gniewnie Mysi Rycerz. - Drzewinka umarłaby z żalu bez jej jedynego syna! Twoja dziewczyna... tęskniłaby za tobą! I co w ogóle robi tutaj ten wielkolud?!

Tłuścioch wyglądał na obrażonego.

- Głupi, ja będę mięsem armatnim! - powiedział bardzo zadowolony z siebie. - Odważna mysz, pamiętasz? Chcę iść. Poza tym... muszę zrzucić trochę wagi - sala wybuchnęła śmiechem. Mysi Rycerz usiadł zrezygnowany:

- Nie do wiary! - pisnął. - Sprzysięgliście się wszyscy przeciwko mnie!

- Żebyś wiedział - powiedział Mika. - Słuchaj, Drzewinka chce tego, żeby Smyk wyruszył razem z tobą. A moja dziewczyna dobrze wiedziała, na co się pisze, kiedy zaczęła ze mną chodzić. Ty zresztą też! - spojrzał myszowi prosto w oczy. - Jeśli z pomocą mojego życia lub mojej śmierci zdołam ci pomóc, zrobię to. I nie masz tu nic do gadania, panie rycerzu.

- Ta jest! - wykrzyknął Smykacz, biegając wreszcie dookoła (przez całą minutę udało mu się siedzieć bez ruchu!) - Nie odczepisz się od nas! Nie ma mowy, żebyśmy zostali!

Mysi Rycerz roześmiał się, poddając się z ulgą.

- Widzę, że Mika nauczył cię niewłaściwego wyrażania się, giermku.

Smykacz stanął bez ruchu z opuszczoną głową.

- Przepraszam, mój Panie.

Mysi Rycerz wstał i przeczesał futerko.

- W porządku. Możecie wszyscy iść ze mną. Jesteście dużymi chłopcami... no, prawie wszyscy. - Spojrzał do tyłu na Smykacza i Drzewinkę, która wręczała synowi paczkę ziaren słonecznika zawiniętych w liść sałaty. Mysi Rycerz podszedł do Drzewinki. Pachniała tak ładnie! Uwielbiał jej zapach.

- Czy na pewno się na to zgadzasz? Czy zaryzykujesz utratę jedynego syna na tej szalonej wyprawie?

Polizała jego pyszczek z prawdziwym uczuciem:

- Ta wyprawa nie jest wcale szalona - powiedziała z uśmiechem. - To najbardziej odważne i wspaniałe przedsięwzięcie, jakiego podjęły się kiedykolwiek myszy. To dla mnie zaszczyt, że bierzesz go ze sobą. I obiecuję ci - zaskoczy cię swoją siłą charakteru. Brakuje mu wzrostu, ale nadrabia to siłą woli.

Mysi Rycerz zarumienił się i również ją polizał.

- Przysięgam, że wrócę do ciebie - powiedział.

- Będę czekać - odpowiedziała.

Pocałowała Smykacza na pożegnanie i machała im łapką, kiedy wychodzili na szeroki, nieznany świat, stawiając pierwsze kroki w tej heroicznej, pełnej przygód podróży.





Część II: Wielka Bariera


Drużyna podróżowała przez miesiąc, zanim dotarli do krańców miasta. W dzień spali, wędrowali nocą, a każdy szczur i mysz, które napotkali po drodze, spieszyły im z pomocą. Sława Mysiego Rycerza kroczyła przed nim, niezależnie od tego jak daleko ani jak szybko podróżowali. Wszyscy ich znali. Niektórzy przygotowywali dla nich specjalne paczki z jedzeniem albo materiałami na gniazdo. Drużyna nie przejmowała się zbytnio tym rozgłosem i traktowała wszystkich serdecznie i przyjaźnie, biorąc przykład z naturalnego, bezpretensjonalnego zachowania ich przywódcy.

Mysi Rycerz zauważył, że chociaż sieć szczurów ciągnęła się bez żadnych przerw przez całe miasto, to nigdzie nie było innych gniazd mysich choćby w przybliżeniu tak dużych, jak mysie królestwo. Jak się zdaje, było ono jedyne w swoim rodzaju.

Słyszeli o innych atakach na sklepy zoologiczne, które nastąpiły po ich odejściu z królestwa. Cieszyli się z tego. Prawie nigdy nie było już ofiar śmiertelnych. Wszystko dokonywało się pod osłoną nocy, a nikt nie rozumiał, co się dzieje. Pewnego razu Mysi Rycerz znalazł porzuconą gazetę i przeczytał w niej artykuł o serii "kradzieży gryzoni", za które winiono obrońców praw zwierząt. Uśmiał się z tego serdecznie i przeczytał artykuł reszcie drużyny. Gdyby tylko ludzie wiedzieli...

Od tego czasu Mysi Rycerz zatrzymywał się codziennie na godzinę przed świtem, żeby przeczytać każdy świstek, jaki znaleźli po drodze. Zwykle nie było to nic ciekawego, ale czasami trafiał się prawdziwy skarb, jak na przykład powieść należąca do klasyki, którą ktoś wyrzucił na śmietnik, albo cała strona z magazynu. Mika na prośbę Mysiego Rycerza zawsze niósł je ze sobą aż do miejsca noclegu, z jednym wyjątkiem: pewnego razu znaleźli w kuble na śmieci dwadzieścia dziewięć tomów encyklopedii. Mysi Rycerz zwrócił się w stronę Miki z niewypowiedzianie błagalnym wyrazem pyszczka, ale usłyszał tylko "Nie ma mowy". Spędzili więc kilka dni i nocy przy tym śmietniku, żeby mysz mógł zagłębić się w księgi wypełnione wszelaką wiedzą (samo wyciągnięcie ich z kubła było nie lada przedsięwzięciem). W końcu jednak nadjechali śmieciarze i Mysi Rycerz mógł tylko patrzeć, pełen smutku, jak zabierają jego cenne książki. Tego dnia zdecydował, że kiedyś przeczyta wszystkie dwadzieścia dziewięć tomów.

Już pierwszego dnia ich wędrówki uświadomili sobie, jak ogromne zadanie wzięli na siebie. Do tej pory słyszeli jedynie plotki i legendy o celu ich podróży. Okazało się, że tylko Tłuścioch zna drogę poza miasto, dalej zaś nie mieli już żadnych wskazówek. Dlatego po drodze pytali wszystkich o wszystko, unikając tylko psów i kotów. Ich podróż otaczała aura heroicznej opowieści, którą czuli na każdym kroku. Dzięki temu podróżowali szybciej i nie tracili z oczu celu. Mysi Rycerz nie został ich przywódcą dlatego, że był najszybszy czy najsilniejszy, tylko dlatego, że był tak pewien swojej misji. Był pewien, że ta misja jest słuszna. Jego pewność była wręcz zaraźliwa - wszystkie napotkane zwierzęta szybko włączały się do pomocy w jego krucjacie.

Bardzo wiele informacji dostarczały im ptaki, a szczególnie jeden ptak, który kiedyś przez krótki czas był zwierzęciem domowym, o imieniu Margala. Wskazała im najkrótszą drogę poza miasto i powiedziała, czego mogą oczekiwać dalej. Poza miastem była droga. Przekroczenie jej będzie trudne, ponieważ są na niej samochody. Margala poradziła im, żeby ustawili się w miejscu, z którego mogą widzieć daleko w obydwie strony, na przykład na szczycie wzgórza, a potem przebiegli szybko. Poza drogą był już tylko dziki teren, z rozległymi polami, lasami... i kilkoma domami. Nie wiedziała jednak, czy w którymś z tych domów żyje przyjazny człowiek. Mysi Rycerz podziękował jej, a ona dygnęła uprzejmie. Rycerz odniósł wrażenie, że Margala lubi myszy, i bardzo mu się to spodobało.

Smykacz rósł jak na drożdżach, ale ciągle był mniejszy od Mysiego Rycerza i tak lekki, że Mika często pozwalał mu jechać na swoim grzbiecie. Polubili się i często grali w różne gry albo żartowali w czasie nocnych podróży.

- Hej - pytał Tłuścioch. - Czemu mnie nie podwieziesz?

- Nie zrobiłbym tego nawet za ser z całego Wisconsin - odpowiedział Mika.

- Ej, facet, ale ja ciągle chudnę... Niedługo będę szczupły!

Mika zatrzymał się i obejrzał Tłuściocha od dołu do góry, co nadal zabierało trochę czasu...

- Jeszcze tylko cztery tysiące ton, i czemu nie. Daj znać, kiedy spadniesz do 30 gramów.

- Ałaa... ty to wiesz, jak dopiec... Ale będę jeszcze chudy. Zobaczysz! Będę miał wszystkie kobiety, tak jak to chuchro - tu wskazał na Mysiego Rycerza.

- Ja chcę tylko jednej kobiety - odpowiedział mały mysz. - Możesz wziąć sobie resztę, Tłuściochu.

Tłuścioch nadął się jak indyk.

- Łaski bez, panie rycerzu. Łaski bez.

I tak biegła ich podróż, mierzona kwadrami księżyca, cały miesiąc. Ich łapki bolały, jakby miały odpaść, ale zawsze mieli schronienie i pokarm. Przez te trzydzieści dni próbowali jedzenia tajskiego, japońskiego, meksykańskiego, chińskiego, hinduskiego i wielu innych. Smykaczowi bardzo zasmakowała jedna zupa z tajskiej restauracji i ciągle proponował, żeby tam wrócili.

- Pewnie miała w sobie kofeinę - powiedział Mika.

- Co to takiego! - zażądał odpowiedzi Smykacz.

- Coś, co uzależnia i pozwala ci biegać szybciej - wyjaśnił szczur.

- Super! Chcę więcej feiny! - krzyknął mysz. Mysi Rycerz zachichotał.

- Nic z tego, Smyku.

Smykacz namówił również Tłuściocha, żeby pozwolił mu jeździć na swoim grzbiecie. Tłuścioch protestował donośnie, ale po jakimś czasie zaczął oferować przejażdżki z własnej nieprzymuszonej woli i, jak się zdaje, polubił towarzystwo małego mysza. Smykacz w podziękowaniu wyczesywał futerko Miki i Tłuściocha (co było naprawdę DUŻYM przedsięwzięciem).

Czasami przejeżdżali kawałek drogi autobusem, wkradali się do torebek i samochodów. Pewnego razu Tłuścioch nie był wystarczająco szybki i został z tyłu za autobusem, więc wszyscy w ostatniej chwili wyskoczyli i potoczyli się po brudnym chodniku. Dysząc i sapiąc ciężko, Tłuścioch wylizywał ich, pełen wdzięczności.

- O rany, wróciliście po mnie - pociągał nosem. - Myślałem już, że zostanę sam i... bałem się - jego oczy rozszerzyły się przy tym wyznaniu. Rozejrzał się dookoła, żeby sprawdzić, czy nikt go nie usłyszał.

- Nikogo nie zostawiamy na pastwę losu - powiedział Mysi Rycerz. - Idziemy wszyscy albo wcale.

Od tego dnia byli związani ze sobą jak bracia. Dla siebie nawzajem podjęliby każde ryzyko. Smykacz, ze względu na swoją niebywałą szybkość, kradł jedzenie z misek psów i kotów, kiedy kończyły się zapasy. Dostał nawet jeden z mieczy - na wszelki wypadek, gdyby wpadł w kłopoty. To się jednak nigdy nie zdarzyło. Był bardzo szybki, a do tego aż nazbyt pewny siebie, dlatego Mysi Rycerz musiał mu nakazywać:

- Nie, Smyku - nie możesz dźgać kota w nos, kiedy śpi. Wiem, że jesteś od niego szybszy, ale pomyśl o tym, że reszta z nas to ślamazary.

Był więc ostrożny. Tłuścioch zastraszał inne zwierzęta, żeby podzieliły się swoim jedzeniem, jak na przykład kaczki na stawie, które dostawały codziennie więcej jedzenia, niż były w stanie zjeść. Kaczki odpędziły Mysiego Rycerza, kiedy próbował zabrać kilka okruchów, które upadły poza obrębem miejsca do karmienia - i mściwie biegły za nim jeszcze dobrych kilka metrów! Tłuścioch zauważył, co się święci, ukrył się tuż obok za kamieniem, a kiedy kaczki nadbiegły - wyskoczył wrzeszcząc z całych sił i rzucił się na największą kaczkę. Uderzył całym ciężarem ciała i wywrócił ją, a wtedy cała reszta uciekła co sił w nogach. Tłuścioch zaczął prychać, tupać i potrząsać ogonem przed kaczką, która gapiła się z niedowierzaniem na największą mysz jaką w życiu widziała - aż w końcu uznała, że ta mysz musi być szalona, i odeszła. Tłuścioch nabrał w pyszczek i w łapki tyle chleba, ile mógł zmieścić i zaniósł swojej drużynie. Wszyscy zresztą skorzystali z okazji i szybko nazbierali tyle jedzenia, ile mogli. Tłuścioch był bohaterem dnia - i bardzo mu się to podobało. Omawiał to wydarzenie przez wiele dni, dopóki Smykacz, jadący na jego grzbiecie, nie zabrał się za jego wychowanie: gryzł go w ucho za każdym razem, kiedy Tłuścioch poruszył ten temat.

I tak wśród różnych przeciwności i przygód dotarli do granic miasta i do drogi.

Z początku nie wiedzieli, co to takiego - było białe i ogromne. Wszystkie drogi, które widzieli do tej pory, były niewielkie i czarne. Przeszli już parę metrów, kiedy Mysi Rycerz poczuł, że ziemia się trzęsie i zobaczył, że horyzont gwałtownie ciemnieje.

- Odwrót! Wszyscy do tyłu! - krzyknął i rzucił się na pobocze. Dwie sekundy po tym, jak potoczyli się wśród trawy, obok nich błysnął samochód jadący z prędkością, jakiej jeszcze nigdy nie widzieli. Do tego był ogromny.

- Wielka Bariera Ruchomych Gór - wyszeptał z podziwem Mika. A potem wszyscy usiedli i wpatrywali się z przerażeniem w autostradę, zastanawiając się, jakim cudem można ją przekroczyć.

Zgodnie ze wskazówkami Margali weszli na wzgórze. Zajęło im to cztery dni. W końcu znaleźli się na szczycie. Szybko zorientowali się, na czym polega problem: ptaki widzą na odległość kilometrów. Myszy i szczury - tylko kilka metrów. Margala nie wzięła tego pod uwagę.

- Tak co teraz, ha? - zapytał Tłuścioch.

Zapadał zmierzch, a oni zastanawiali się nad sytuacją. Smykacz zaproponował, żeby iść wzdłuż drogi aż do jej końca, ale Mika powiedział, że ona nie ma końca. Ciągnie się tak daleko, że gdyby jakaś mysz, nawet tak szybka jak Smykacz, biegła przez każdą noc przez całe życie, i tak nie dotarłaby do jej końca.

- Poza tym plotki mówią, że przyjazny człowiek żyje po drugiej stronie bariery. Jeśli się oddalimy, możemy się zgubić - powiedział Mysi Rycerz.

- O ile już się nie zgubiliśmy... - dodał Tłuścioch. - Nie mamy zielonego pojęcia, gdzie mieszka ten gość, jeśli w ogóle istnieje - rozumiesz, jeśli zboczyliśmy choćby o 100 metrów, to nigdy nie...

Mika przerwał to przygnębiające zdanie śmiejąc się:

- Tłuścioch, nie masz za grosz ducha! Nie zgubimy się. Jesteśmy na misji wyznaczonej przez Mysiego Boga.

Tłuścioch poruszył sceptycznie wąsikami.

- Taak... jasne. Oczywiście.

Mysi Rycerz przez ten czas czyścił uszka i zastanawiał się.

- Myślę, że powinniśmy przebiec jak najszybciej... - zaczął.

- I to jest twój plan? - wybuchnął Tłuścioch. - Przebiec?! Czyś ty zgłupiał?!... AŁA!!! - Smykacz ugryzł go w ucho i uciszył, po czym usiadł z powrotem na swoim rumaku, bardzo zadowolony z tej umiejętności poskramiania. Tłuścioch mamrotał coś pod nosem.

Mysi Rycerz kontynuował:

- Tak, powinniśmy przebiec jak najszybciej - spojrzał na Tłuściocha - ale w środku nocy, kiedy odgłosy gór są najcichsze. Poza tym, czy zauważyliście tę prawidłowość - one zawsze jeżdżą w linii prostej. Rzadko kiedy przekraczają te kropkowane linie, a jeśli już, to najpierw włączają światło na boku. Możemy przebiec drogę w czterech etapach, za każdym razem odpoczywając na środku, jeśli będzie trzeba. Mika przytrzyma nas, żeby nie zdmuchnął nas wiatr. Nic lepszego nie wymyślimy. Nie widzimy daleko, ale słyszymy je z odległości kilometra.

Tłuścioch zmrużył oczy:

- Problem w tym, że one przejeżdżają kilometr w kilka sekund.

- To prawda, ale my musimy przebiec tylko kilka metrów... i tylko jeden raz - odpowiedział Mysi Rycerz.

- Jakim cudem stałeś się taki... sprytniejszy niż przeciętna mysz? - zdenerwował się Tłuścioch, kręcąc głową. Mysi Rycerz wzruszył ramionami:

- Dobre geny, jak sądzę. Mój pradziadek był sławną myszą w jakimś laboratorium, tak mi się zdaje.

- Naprawdę? - spytał Smykacz, nachylając się do nich - Na tyle ważną, żeby dali mu imię?

- Tak - odpowiedział dumnie Mysi Rycerz. - Miał na imię Algernon.

- Ojeju - zdumiał się Smykacz.

Tłuścioch parsknął pod nosem:

- Ojeju łojeju... AŁĆ!

- Nie wyśmiewaj się z mojego pana! - ostrzegł Smykacz, potrząsając groźnie ogonem.

Zdecydowali się podjąć ryzyko. Najciszej było kilka godzin przed świtem, więc wtedy też wyruszyli. Podążając za Mysim Rycerzem, pobiegli tak szybko jak umieli przez autostradę.

Przede wszystkim zdali sobie sprawę, że jest ona o wiele większa, niż myśleli, ale było już za późno na odwrót. Zamiast kilku metrów do przebiegnięcia było kilkadziesiąt. Co gorsza, nie każdy samochód sygnalizował zmianę pasów, co odkryli, kiedy niemal zostali przejechani. Góra przesunęła się tuż nad nimi i rozdzieliła ich - zostali rozrzuceni w panice, zagubieni i zdezorientowani. Większość trafiła na środek pasów ruchu. Tylko cudem żaden z nich nie został potrącony, to byłaby pewna śmierć. Mysi Rycerz zebrał ich wszystkich tak szybko, jak potrafił, piszcząc tak głośno jak się dało:

- Zejdźcie z pasów! Zejdźcie na tę linię! Szybko!

...góra przesunęła się tuż nad nimi... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Smykacz zahamował gwałtownie i rzucił się do tyłu, żeby uniknąć kół kolejnego samochodu, znowu zdmuchnęło go do przodu. Jeszcze inny samochód przejechał prosto nad Miką, ale ten tym razem uchwycił się wyżłobień w asfalcie i nie został zmieciony. Tłuścioch, przerażony do utraty zmysłów, po prostu toczył się tak szybko, jak pozwalały mu sztywne ze strachu łapki - miał dużo szczęścia, że nic mu się nie stało. Mysi Rycerz rzucił się naprzód, mając tylko nadzieję, że w dobrym kierunku, na skos, żeby pomóc Smykaczowi, który był najlżejszy z nich wszystkich. Smykacz wpadł w jego ramiona i w tej samej chwili kolejny samochód przetoczył się nad nimi, porywając ich za sobą jak kłębki kurzu. Mysi Rycerz poturlał się w przód, przyciskając Smykacza mocno do siebie.

Byli strasznie przestraszeni i zdezorientowani, nikt nie wiedział, gdzie są pozostali i czy jeszcze żyją. Jeszcze kilka samochodów przejechało obok nich, za każdym razem porywając zwierzęta swoim podmuchem. Nawet poświęcając całą swoją siłę i szybkość jedyne, co mogli zrobić, to za każdym razem podnieść się i biec do linii rozdzielającej pasy ruchu. Zdawało się, że nie przeżyją. Mysi Rycerz miał już obwieścić odwrót (jeśli było jeszcze komu obwieszczać), kiedy nagle nie wiadomo skąd pojawił się Mika, z Tłuściochem na grzbiecie, biegnąc z największą prędkością wzdłuż linii.

- Skacz! - krzyknął.

Mysi Rycerz najpierw rzucił w jego stronę Smykacza, którego Mika złapał w zęby, a potem skoczył z całej siły ku szczurowi. Wylądował na grzbiecie Miki i wczepił się weń pazurkami. Ku jego zdumieniu, Mika nie zwolnił ani trochę, tylko natychmiast skręcił w stronę odległego brzegu autostrady i przekroczył cały pas ruchu.

- Nie, Mika, zawróć! - krzyknął Mysi Rycerz - Nie uda nam się! Tych samochodów jest za dużo!

- Słuchaj! - wysapał w odpowiedzi Mika.

Jedyny dźwięk, jaki słyszeli, to szybkie uderzenia szczurzych łapek o asfalt. Przez moment panowała głucha cisza. Mika pchał do przodu swoje umęczone ciałko tak szybko, jak się dało, a potem nakazał mu biec jeszcze szybciej. Myszy trzymały się kurczowo, lękając się dźwięku, którego oczekiwały przy każdym kroku ich silnego przyjaciela.

I wkrótce go dosłyszały - odległy grzmot nadchodzącej zagłady.

Mika był całkiem mokry, każdy oddech palił go jak ogień. Nie mógł nawet zacisnąć zębów, żeby nie skrzywdzić małego Smykacza, który ze strachu odchodził od zmysłów i piszczał, jakby go żywcem obdzierali ze skóry. Szczur wytężył wzrok i zebrał całą siłę woli, każdy najmniejszy kawałeczek, jaki tylko podarował mu Szczurzy Bóg - a jak się okazało, nie było tego wcale mało. Dzięki koncentracji i przypływowi adrenaliny zaczął biec dwa razy szybciej. Odległa krawędź autostrady zdawała się gwałtownie przybliżać, gdy nagle światła ruchomej góry przyłapały ich na środku pasa ruchu.

Wszystko działo się w ułamku sekundy - Mika musiał zdecydować, czy zatrzymać się i zaprzeć wszystkimi nogami, czy też zaryzykować i wykorzystać całą siłę rozpędu - prawdopodobnie kończąc pod kołami. W tej krótkiej chwili Mika pomyślał, że Mysi Rycerz nigdy by się nie zatrzymał. A w tym samym momencie Mysi Rycerz krzyknął w myślach: "Dalej, Mika! Biegnij!".

Mika nie zawahał się ani kroku. Samochód minął jego ogon o pół centymetra.

Potoczyli się gwałtownie w dół, z Miką na szczycie wszystkich ciał. Smykacz przeleciał kawałek w powietrzu, kiedy Mika wypuścił go z zębów, żeby przypadkiem nie przegryźć mu skóry przy upadku. Złapał się źdźbła trawy i upadł na ziemię. Mysi Rycerz przeturlał się bezwładnie i z bezbrzeżną ulgą uderzył twardo w ziemię - a nie w asfalt na środku autostrady. Tłuścioch potoczył się tuż obok Miki i wylądował w zasięgu wzroku wyczerpanego szczura...

...wszyscy pod drugiej stronie Wielkiej Bariery.

- Och, Mysi Boże Drogi, kocham cię, facet! - Tłuścioch wylizywał od stóp do głów Mikę, który był zbyt zmęczony, żeby zaprotestować. Leżał tylko na boku dysząc ciężko.

- Mika! Mika! O nie! - wykrzyknął Mysi Rycerz i podbiegł do przyjaciela.

- Nic mu nie jest - powiedział Tłuścioch. - Tylko się trochę zasapał. Widziałeś to!?!?! Niesamowite!!! Mój Mysi Boże... myślałem, że już jesteśmy martwi!

Mysi Rycerz przypadł do boku swojego odważnego przyjaciela i rozkoszował się dotykiem jego sierści, zapachem, odgłosem oddechu. Tak mało brakowało. W tej niezwykłej chwili świat był idealny, ponieważ byli żywi i byli razem. Powoli odczołgali się od autostrady i wsunęli pomiędzy trawy. Znaleźli trochę porzuconego jedzenia, pili poranną rosę z liści. Szli lasem, który człowiekowi sięgałby do kolan, ale dla nich był jak dżungla pełna cudów. Po kilku godzinach wspięli się na wzgórze. Mogli wyczuć nosem całe kilometry świeżego powietrza i pięknej, dzikiej przyrody. Niebo rozjaśniało się błękitem i purpurą. Nadchodził świt i niedługo zobaczą się nawzajem, zamiast leżeć bez życia obok Wielkiej Bariery. Dzięki Mice. Wszystko dzięki Mice.

- Nigdy przedtem nie byłem poza miastem - wyszeptał Tłuścioch, pełen podziwu dla tej ciszy i spokoju.

- Żadne z nas nie było - powiedział Mysi Rycerz. - Od tej pory wchodzimy na całkiem nieznany teren. Będzie tu mniej jedzenia i do tego zupełnie innego niż dotąd. Czasami brak wody. I zawsze, zawsze będą na nas polować. Tutaj jesteśmy tylko jedzeniem. Niczym więcej.

- Ha. Czyli bez zmian - zadrwił Mika.

- Musimy być ostrożni. Będziemy podróżować tylko nocą i w ukryciu - kontynuował Rycerz. - Węże, koty, prawdopodobnie również sowy i jastrzębie będą nas wypatrywać... A większość z nas bardzo łatwo upolować. W końcu... jestem biały!

- Niezły z ciebie Happy Meal dla ptaszka - powiedział Tłuścioch. Wszyscy spojrzeli na niego gniewnie, a on cofnął głowę w samą porę, żeby uniknąć ugryzienia przez Smykacza. - Ej no, przepraszam że tak mówię... Ale to prawda - jest biały! No, jego głowa w każdym razie!

Mysi Rycerz zastanowił się.

- On ma rację. Musimy zastosować kamuflaż.

- Kamu co? - zapytał Mika.

- Jastrząb albo sowa potrafi dostrzec brązową mysz polną z wysokości kilkuset metrów! Wszyscy jesteśmy jak Happy Meal. Jesteśmy powolni, głupi i aż świecimy. Musimy się przynajmniej zamaskować. Ja będę nosił zbroję. Ty, Mika i cała reszta musicie się wysmarować błotem.

- Chyba nie mówisz poważnie! - wykrzyknął Tłuścioch.

- Śmiertelnie poważnie - odpowiedział Mysi Rycerz. - Albo to, albo jesteś martwy. Pierwszej nocy, kiedy wyjdziemy na pola. Upolowanie nas będzie tak łatwe, jak zabranie dziecku lizaka.

- Zjadłbym teraz lizaka - odezwał się Smykacz. Tłuścioch mruczał niechętnie pod nosem, ale wytarzał dokładnie swoje wielkie cielsko w piachu i błocie.

- Myszy są takimi czystymi stworzeniami - jęknął. - To okrutnie niemysia kara. Mimo to wszyscy poddali się temu zabiegowi. Ubrudzili się i uczernili jak umieli najlepiej. Ze zmierzwionym futrem i nieszczęśliwymi pyszczkami przeszli jeszcze kilka metrów, po czym Mika wykopał tunel, w którym wszyscy zwinęli się w kłębuszki i zasnęli.

Wraz z zapadnięciem zmierzchu mieli wkroczyć na Pola Przeznaczenia.





Część III: Plemiona Nemo


Następnego dnia lato zmieniło się w jesień. Powietrze ochłodziło się, wody było niewiele, a szukanie jedzenia było jednym wielkim eksperymentem. Wszystko było inne. Z władców własnego terytorium zmienili się w intruzów w niegościnnym i przerażającym świecie, na który nie byli wcale przygotowani.

Podróż była męcząca i wszyscy tracili na wadze, nawet Tłuścioch. Smykacz ciągle rósł, ale był równie głodny jak pozostali, dlatego jego wzrost zdawał się zwlekać cierpliwie, oczekując niewyczerpanych zapasów pożywienia w przyszłości. Kilka razy niemal zginęli od upału i byli zmuszeni wysłać zwiadowcę (zawsze był to Smykacz - najszybszy i brązowy), żeby znaleźć wodę. Jak na razie było to najbardziej niebezpieczne przedsięwzięcie, ale dla wszystkich było oczywiste, że tutaj każde zadanie jest kwestią życia i śmierci. Natura nie znała kompromisów.

Od pierwszego dnia pobytu na Polach Przeznaczenia mieli dziwaczne poczucie, że coś przerażającego obserwuje ich bez przerwy. Z jakiegoś powodu Smykacz wyczuwał to częściej niż inni, często rozglądał się niespokojnie, ale nie mógł zobaczyć ani zwęszyć niczego nietypowego. Mimo to często skradał się ostrożnie bez żadnego powodu - oprócz lęku.

Po raz pierwszy w życiu nie mogli znaleźć żadnego schronienia, kiedy złapał ich deszcz. Niemal utonęli, szukając wyżej położonego terenu. Usiedli tam, przemoczeni do nitki i nieszczęśliwi. (Tłuścioch rzucał uwagi na temat "zmokłego szczura" tak długo, że Mika niemal rzucił się na niego z zębami). Wszyscy przeziębili się i musieli pozostać jakiś czas w tym miejscu, chorzy i rozgorączkowani. Tylko Smykacz czuł się dobrze, przynosił im wodę w gumowym baloniku, który znalazł na polu i jedzenie, jeśli udało mu się jakieś zdobyć. Około tygodnia później ruszyli dalej, nie wiedząc, dokąd zdążają, i z coraz większym poczuciem zagubienia. Miasto było już tylko zamglonym wspomnieniem, ale przyjaciele, których tam pozostawili, trwali wyraźnie w ich pamięci. Mika tęsknił za swoją dziewczyną, Smykacz za mamą, Mysi Rycerz za Drzewinką, a Tłuścioch za hamburgerami i frytkami. Często o świcie lub o zmierzchu rozmawiali o tym, co może się dziać teraz w domu. Minęło wiele czasu, niemal trzy miesiące. Na pewno wiele się zmieniło.

Pewnego dnia Smykacz zauważył, że Mysi Rycerz idzie coraz wolniej, i zapytał, czy dobrze się czuje.

- Jestem zmęczony, Smyku - odpowiedział mysz. - Zbroja jest ciężka... a ja nie jestem już młodą myszą.

Smykacz natychmiast zaproponował, że poniesie jego hełm albo tarczę, albo będzie go popychał z tyłu przez całą drogę. Mysi Rycerz roześmiał się i powiedział mu, że jest wspaniałym giermkiem, co wprawiło Smykacza w doskonały humor na cały tydzień.

W nocy natrafiali na różne przeciwności. Urwiska wielkości ludzkich domów często wymuszały drogę naokoło, która zabierała całe dni. Żaby powiedziały im, że daleko na północnym wschodzie są jakieś zabudowania, więc podróżowali w tym kierunku. Były dnie, kiedy podróżowali wśród ciernistych krzewów, które groziły śmiercią w razie upadku. Były tygodnie, kiedy dręczył ich głód. Wiele takich tygodni. Kiedy znaleźli jedzenie, zjadali tyle, ile mogli, i zabierali ze sobą tyle, ile mogli udźwignąć. Jednak zwykle byli głodni i spragnieni. Było bardzo gorąco albo bardzo zimno. Walczyli z mrówkami, wielkimi chrząszczami, a nawet wężami. Za każdym razem ich inteligencja i zbroja Mysiego Rycerza dawały im przewagę. Nie pozwalali mrówkom zabierać im jedzenia, na szczęście nigdy nie spotkali ich w dużej grupie. Wielkie chrząszcze odganiali albo zabijali, a węże zostawały wytropione przez ich zwiadowcę, Smykacza, na długo przedtem, zanim się zbliżyły. Zawsze ktoś stał na warcie, dzień i noc. Jednej nocy młody grzechotnik przyłapał ich z zaskoczenia, ale Mysi Rycerz pokazał mu swoją zbroję.

- Oto łuski ostatniego węża, który stanął na mojej drodze! - powiedział wyzywającym i pewnym siebie tonem. Wąż zdumiał się i nie wiedział, co robić. Pozostali otoczyli go, podczas gdy Mysi Rycerz stanął mu naprzeciw i patrzył prosto w oczy. - Możesz zabić jednego z nas, ale to zbroja zrani cię w paszczę, a pozostali rozerwą cię na strzępy. Zwłaszcza ten duży... Zdaje się, że twoja głowa w sam raz zmieści mu się do pyska! A jesteśmy naprawdę głodni.

Gdyby węże umiały się pocić, grzechotnik właśnie by to robił. Spojrzał na boki, na małą armię czterech gryzoni. Smykacz zamachał groźnie ogonem. Dość niezwykłe zachowanie jak na zwierzynę łowną. Bardzo niezwykłe.

- A jeśli to cię nie przekonuje, szlachetny panie, wiedz jedno - jestem Mysi Rycerz, Sir Mysz z Mysiego Królestwa w mieście, gdzie tytuł nadał mi wąż królewski... po tym, jak go pokonałem - w tym miejscu uniósł nieco brodę.

Tego było już za dużo. Młody grzechotnik znał węże królewskie. Jeśli jeden z nich został zagryziony przez tę dziwną mysz, lepiej poszukać sobie jedzenia gdzie indziej. Odszedł więc, choć ze złością i pełen urazy.

Kiedy wąż był już poza zasięgiem wzroku, Mysi Rycerz padł na ziemię, drżąc na całym ciele. To samo zrobiła zresztą cała drużyna.


Kilka tygodni później nadciągnęło więcej mrówek. Odpierali ich ataki, ale za każdym razem pojawiało ich się coraz więcej. Nauczyli się więc podążać za nimi - ich szlaki zawsze prowadziły do wody albo do jedzenia. Tłuścioch proponował, aby wykraść mrówkom ich zapasy, ale Mysi Rycerz odpowiedział:

- Jest ich tak dużo w mrowisku, że wyglądamy przy nich śmiesznie. Nie chcę ich rozwścieczyć... a ty?

Wszyscy się zgodzili i odtąd obserwowali mrówki, ale nigdy żadnej nie skrzywdzili.

Pewnego wieczoru Smykacz odkrył, że Mysi Rycerz pracuje nad cienkim gumowym paskiem i rozwidloną gałązką. Mały mysz dotknął nosem dziwnego przedmiotu:

- Co to? - zapytał zaciekawiony, z nastawionymi uszami.

- Proca - odpowiedział Mysi Rycerz, przywiązując jeden koniec paska do jednej z gałązek. - To broń. Wyrzuca kamienie i inne pociski z dużą szybkością, a jeśli ktoś dużo trenuje, może stać się w tym naprawdę dobry - przywiązał drugi koniec paska do drugiej gałązki. Naciągnął, żeby sprawdzić, czy działa, potem załadował niewielki kamyk i wypuścił - kamyk poleciał daleko, poza zasięg wzroku.

- Suuuper! - wykrzyknął zdumiony Smykacz, z oczami wielkimi jak spodki. - Naprawdę super!!!

- Cieszę się, że tak sądzisz - powiedział Mysi Rycerz - bo zrobiłem ją dla ciebie.

I wręczył nową broń Smykaczowi.

Smykacz wytrzeszczył oczy tak, że niemal wyskoczyły mu z orbit. Przyjął broń z szacunkiem i z uwielbieniem spojrzał na swojego pana.

- Och... dziękuję ci, mój Panie!

Od tej pory trenował w każdej wolnej chwili, każdego dnia, obsesyjnie. W krótkim czasie osiągnął perfekcję. Zatrważającą perfekcję. Tłuścioch stał się bardzo nerwowy i bardzo uprzejmy.

...nagle pojawiła się przed nim inna mysz... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Pewnego wieczoru wszyscy usiedli razem, aby zjeść rzadki przysmak. Znaleźli czarne jagody i zebrali ich niewielką kupkę, która teraz leżała pośrodku między nimi. Mysi Rycerz podniósł jedną z nich i właśnie zamierzał ugryźć, gdy nagle pojawiła się przed nim inna mysz. Z początku pomyślał, że to Smykacz, jednak ta mysz była ciemniejsza, a jej pyszczek nie przypominał pyszczka myszy domowej.

Mysz uśmiechnęła się, wytrąciła jagodę z rąk Mysiego Rycerza, podniosła ją i zniknęła jak błyskawica. Wszystko stało się tak szybko, że Rycerz nie miał czasu nawet otworzyć ust. Gapił się tylko w stronę, w którą uciekła dzika mysz. Nie zostało po niej żadnego śladu. Odwrócił się do swojej drużyny i zobaczył, że oni też patrzą w tę stronę. Wszyscy mieli zdumione miny.

- Co za szybkość! - wykrzyknął Smykacz.

- Zadziwiające... myszy... tu mieszkają - wyjąkał Tłuścioch.

- Zabrał naszą jagodę! - zdenerwował się Mika.

Następnej nocy znowu wyciągnęli jagody i historia powtórzyła się. Może nawet była to ta sama mysz. Pojawiła się znikąd, jakby się teleportowała. Złapała jagodę, uśmiechnęła się i zniknęła. Każdej nocy, kiedy znaleźli jakiś niezwykły przysmak, zostawali obrabowani przez mysz o, jak się zdawało, nadprzyrodzonej szybkości. Powtórzyło się to osiem razy, zanim ciekawość Mysiego Rycerza nie została przezwyciężona przez irytację.

Dwie noce później znaleźli pestki dzikiej dyni. Uśmiechnęli się do siebie szeroko.

- Te pestki dyni są naprawdę pyszne! - powiedział głośno Mysi Rycerz.

- Mniam mniam - pisnął Smykacz.

I w jednej chwili, błysk! Mysz przybiegła i chwyciła pestkę. Odwróciła się, rzuciła do przodu i wbiegła prosto na Mikę. Mika roześmiał się, stojąc na tylnych łapach, z przednimi rozłożonymi szeroko po bokach. Mysz odwróciła się szybciej, niż trwa jedno uderzenie serca, i spróbowała uciec inną drogą, ale tę blokował już Tłuścioch. Smykacz wydał głośny okrzyk wojenny i skoczył na dziką mysz, próbując ją przewrócić. Jednak mysz była niezwykle szybka, silna i wkrótce to ona była górą, tłukąc Smykacza, ile wlezie. Mysi Rycerz wyciągnął swój miecz i uderzył dziką mysz płazem w głowę, wystarczająco mocno, żeby ją ogłuszyć, podczas gdy pozostali pochwycili złodzieja za przednie i tylne łapki.

...pochwycili złodzieja za przednie i tylne łapki... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Kiedy tylko mysz otrząsnęła się z ogłuszenia, pisnęła:

- Puśćcie mnie!

- Ha haaa... nie ma mowy, złodziejaszku - odrzekł Tłuścioch. - Jesteś mi winien trzy jagody i rodzynka!

- To już nieważne - powiedział Mysi Rycerz. - Skąd jesteś? Czemu zabierasz nam jedzenie? Ilu was tu jest?

- Widzimy was - odpowiedziała mała mysz. - Obserwujemy was już od dawna, dziwny myszu! Zachowujesz się jak Nemo, a my cię zawsze widzimy!

Potem mysz gwałtownie skręciła całe ciało, ugryzła Tłuściocha, ugryzła Mikę i uciekła, a wszystko to nie zajęło jej nawet sekundy.

- Rany! - warknął Tłuścioch, mimo że ugryzienie nie było bardzo bolesne. - Co za utrapieniec.

Ale Mysi Rycerz wpatrywał się w ciemność, gdzie zniknęła mała mysz. Dzikie myszy. One wiedziałyby jak tutaj przetrwać, pomyślał. Nam kiepsko to idzie. Przydałaby się jakaś pomoc. I kim był ten Nemo? Mysz z imieniem... tu na wolności? To było bardzo dziwne, ale z drugiej strony Mysi Rycerz zdawał też sobie sprawę, jak dziwnym zjawiskiem muszą być dla tubylców cztery gryzonie z miasta.

Następnej nocy dotarli na obrzeża nowo wybudowanego osiedla ludzi, dokładnie tam, gdzie wskazały żaby. Wszyscy byli bardzo podekscytowani. To oznaczało jedzenie, wodę, a może nawet koniec ich misji! Odkryli, że jest to niewielkie osiedle, tylko kilka domków. Kiedy napili się i najedli do syta, rozpoczęli poszukiwanie przyjaznego człowieka. Rzecz jasna, nie mieli pojęcia, jak może wyglądać jego dom, Mysi Rycerz domyślał się jedynie, że prawdopodobnie będą w nim mieszkać myszy.

Niestety w żadnym domu nie było myszy. Sprawdzili wszystkie domy. Żadnych myszy.

W jednym z domów był za to kot, którego nie zauważyli. To on ich zauważył i przyglądał im się zachłannie. Co gorsza, kot wiedział jak wyjść przez okno.

Godzinę później szczur i myszy byli już daleko poza granicami osiedla, zniechęceni i przybici. Czy kiedykolwiek odnajdą przyjaznego człowieka? Niemal czuli, jak zbliża się starość. Nie mieli pojęcia, gdzie szukać dalej. Świat okazał się milion razy większy, niż się spodziewali.

Kot podszedł ich z tyłu i umyślnie nadepnął na suchą gałązkę. Był przyzwyczajony do polowania na dzikie myszy, dlatego sądził, że te powolne, dziwne gryzonie będą łatwą zdobyczą, nawet jeśli ich nie zaskoczy. A co lepsze, w ten sposób będzie z nimi więcej zabawy... będzie przyglądał się ich przerażeniu.

Drużyna zamarła w bezruchu na ten dźwięk. Włoski na karku podniosły się same i już wiedzieli. Wiedzieli, że koty i psy pojawiają się tam, gdzie ludzie.

Mysi Rycerz obrócił się na pięcie i dobył miecza. Kocia łapa uderzyła w niego w tym samym momencie, gdy podniósł tarczę. Przeleciał w powietrzu jakieś trzy metry, poza zasięg ich wzroku. Smykacz, najszybszy z drużyny, przypadł do ziemi, żeby zebrać kamienie. Tłuścioch zerknął krótko na Mikę, potem odwrócił się i pobiegł przed siebie. Mika spojrzał kotu prosto w oczy i wytrzymał jego wzrok, wpatrując się z natężeniem.

- Nowe zabawki - zadrwił kot.

- Masz ostatnią szansę na ucieczkę, kocie - odpowiedział śmiertelnie poważnie Mika.

Kot jednak sprężył się tylko do skoku na bezczelnego szczura, żeby pochwycić największą zabawkę, zanim ucieknie jak tamten duży (pewnie bardzo smaczny) mysz.

ŚWIST! Kot zwinął się z bólu, kiedy kamień trafił go prosto w oko. W tej samej chwili Mika rzucił się gwałtownie do przodu i wyszarpnął kawałek mięsa z kociego pyska, po czym natychmiast odskoczył, unikając pazurów. Zamiast w niego, kot trafił pazurami we własny pysk, co rozwścieczyło go jeszcze bardziej. Wpadł w furię i atakował wszystko, co miał w zasięgu wzroku. Jednak Smykacza już tam nie było, nie było też Miki. Tłuścioch natomiast podkradł się od tyłu i wpadł na tylne łapy kota słynnym atakiem "Powalacz Myszy", jak kula do kręgli - całym ciężarem ciała, z ogromną i niepowstrzymywaną prędkością. Kot upadł.

Mysi Rycerz wyłonił się z zarośli i ruszył biegiem w kierunku kociego pyska, na którym malował się wstrząs wywołany tym nieprzewidzianym obrotem wydarzeń.

- Giermku! Mój miecz! - krzyknął. Stracił swoją broń przy pierwszym natarciu, ale Smykacz, jako bezgranicznie oddany i wierny sługa, zawsze miał ze sobą zapasowy miecz dla pana. Mysi Rycerz pochwycił go w biegu i skoczył na nos kota, prosto między oczy. Stanął prosto i skierował miecz ostrzem w dół, gotów na wszystko.

- Poddaj się, kocie, nie potrzeba już więcej cierpienia.

Kot w końcu miał moment na zastanowienie. Tłuścioch stał przy jego ogonie. Mika siedział tuż za głową, gotów odgryźć mu ucho. A ten okropny mały smarkacz stał dokładnie naprzeciwko zdrowego oka, z nowym kamieniem w napiętej procy. To było coś strasznego. Pokonany przez myszy! Nie mógłby z tym żyć. Nigdy. Spojrzał jednym okiem na potężną mysz w zbroi, stojącą mu na nosie.

- Rozumiesz chyba, że nie mogę tego zrobić - wyjaśnił.

- Tak, rozumiem - skinął głową mysz.

- A zatem - walka aż do śmierci? - zaoferował kot.

...aż do bólu!... (Copyright 2002 Cutter Hays)

- Nie - odpowiedział Mysi Rycerz - aż do bólu! - i opuścił swój miecz z całej siły prosto we wrażliwy koci nos.

Wycie usłyszano w całym osiedlu. Kot wyskoczył w górę na półtora metra i wylądował już uciekając ile sił w nogach od przerażającej czwórki. Mysi Rycerz też pofrunął w powietrzu, ale tym razem był na to przygotowany i wylądował na czterech łapach, zwinny i zręczny jak mysz, nawet w masywnej zbroi. Stanął prosto i zawołał:

- Nie wracaj tu, kocie - i powiedz innym o tym, jak pokonały cię trzy miastowe myszy i szczur!

Potem wybuchnęli głośnym śmiechem, Tłuścioch i Smykacz aż turlali się po ziemi. Śmiali się tak długo, aż zaczęły ich boleć brzuchy. Tak długo, aż z trawy wyszła dziwna mysz.

Śmiech natychmiast zamarł. Wpatrywali się w mysz-złodzieja (jeśli to była ta sama mysz), a ona wpatrywała się w nich - z podziwem. Przez długą chwilę panowała cisza. Wreszcie mała mysz podeszła kilka kroków i okazała poddaństwo Mysiemu Rycerzowi.

- Czego chcesz? - zapytał Mysi Rycerz. - Nie mamy więcej jagód.

- Ty... pokonałeś potwora! - wyszeptała mysz.

- Masz na myśli tego tam? - Mysi Rycerz wskazał w kierunku osiedla. - Tylko go przechytrzyliśmy, to wszystko. Mieliśmy sprytny plan.

Jednak mała mysz nie ustawała w oddawaniu drużynie niemal boskiej czci. Biła pokłony i ocierała się o nich.

- Jesteście niezwykłymi wojownikami... naprawdę niezwykłymi!

- Słuchaj... nie jesteśmy wcale niezwykli... jesteśmy myszami, tak samo jak...

W tym momencie ostry krzyk przeciął powietrze. Nie przypominał niczego, co myszy albo Mika słyszały kiedykolwiek. Był przerażający. Ultradźwiękowy głos śmierci.

Mała dzika mysz zastygła w przerażeniu i spojrzała w górę. Gryzonie z miasta podążyły wzrokiem za jej spojrzeniem aż do linii przewodów, które krzyżowały się wysoko ponad nimi. Nie mogli rozróżnić dokładnie, ale zdawało się że jest tam jakiś wielki, zgarbiony kształt, balansujący na przewodzie, spoglądający na nich wszystkich. Siła tego spojrzenia napełniła ich pierwotnym strachem. Smykacz mocno zadrżał. Cień na niebie krzyknął znowu, mrożąc im krew w żyłach, a potem rozpostarł wielkie skrzydła i odleciał, wychodząc z zasięgu ich (ograniczonego) wzroku.

Dzika mysz zniknęła jeszcze szybciej, niż kiedykolwiek przedtem.

Minęło kilka okropnych chwil, nim Mysi Rycerz podjął uchwyt miecza drżącą łapką.

- Czy to było to, co mam na myśli? - wychrypiał Mika.

- Obawiam się, że tak - odpowiedział cicho Mysi Rycerz. - Jastrząb.

- Obserwował nas przez cały czas - powiedział Smykacz, z oczami pełnymi zgrozy. - Już przedtem czułem na sobie jego wzrok. On nas nienawidzi.

- Jesteśmy dla niego jedzeniem - rzekł Tłuścioch drżącym głosem.

- Nie możemy z nim walczyć - Mika zwrócił do Mysiego Rycerza przerażoną twarz.

- Mam nadzieję, że nie będziemy musieli - odpowiedział wystraszony mysz. Przez moment znowu był mały, zamknięty w klatce, uwięziony, zdany na łaskę okrutnego właściciela. Tracąc mamę i tatę. Czuł się bezsilny. Wziął się jednak w garść i stanął prosto.

- Będziemy się skradać. Będziemy ostrożni. Jastrzębie zwykle nie polują w nocy. W nocy są tylko sowy, które... są równie niebezpieczne... - głos mu się załamał.

- I co teraz zrobimy! - wyrzucił z siebie Tłuścioch. - Jesteśmy jedzeniem!

- Nie jesteśmy jedzeniem! - zaprzeczył Mysi Rycerz. - Wysmarowaliśmy się błotem. Teraz będziemy czaić się i skradać wszędzie, gdzie pójdziemy. On musiał usłyszeć naszą walkę z kotem, może widział nas, gdy sprawdzaliśmy domy w osiedlu.

- Nie, on wiedział - powiedział Smykacz z pełnym szacunku lękiem. - Obserwował nas od pierwszego dnia.

- Smyku, nie strasz wszystkich - zganił go Mysi Rycerz.

- Ale to prawda - jęknął chudy mysz. - Przysięgam, potrafię wyczuć jego spojrzenie.

Tłuścioch przydreptał bliżej i położył mu łapkę na ramieniu.

- Trochę instynktu zachowało się w twoich genach, nie, Smyku? Ha ha... czy to możliwe, że masz w sobie coś z dzikiej myszy?

To rozluźniło napiętą atmosferę i wszyscy uspokoili się nieco. Tylko Mysi Rycerz, jak zwykle, marszczył brwi, pogrążony w głębokich myślach. Skoro wiedział, że tu są, czemu nie atakował? Przeczytał kiedyś o jastrzębiach, że są szybkie, silne i przebiegłe. Najgorszy wróg myszy. Czego mógł się bać ze strony zdobyczy? Nie mieli żadnego planu, jak walczyć z jastrzębiem. Bo niby jak? Ale teraz potrzebowali tego planu, i to szybko. Znaleźli kryjówkę, w której mogli spędzić dzień i resztę nocy dyskutowali nad rozwiązaniem. W końcu wszyscy zapadli w sen. Wszyscy oprócz Smykacza, który nie mógł zamknąć przerażonych oczu. Powiedział, że kiedy próbuje zasnąć, ma złe sny... o jastrzębiach, o strzaskanej zbroi... i o polu traw pokrytym krwią.


...rozpoczęła się walka... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Pewnego wieczoru tydzień później, kiedy nie było żadnych oznak jastrzębi ani sów, natknęli się na plaster miodu u stóp drzewa - rzadkie i cenne znalezisko dla głodnych brzuszków. Uruchomili też Hiper Czujną Spostrzegawczość Smykacza, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie obserwuje, ale nic nie nadeszło, mimo to siedzieli cicho przez godzinę. W końcu byli jednak zbyt głodni i wybiegli. Lizali miód najadając się do syta, kiedy nagle Mysi Rycerz usłyszał ciągły brzęczący dźwięk. Bez wahania odepchnął Smykacza w bok, w samą porę, zanim rozzłoszczona pszczoła zdążyła wbić mu żądło w plecy.

Rozpoczęła się walka - Rycerz dobył miecza i tarczy, Mika przegryzł pszczoły na pół, Tłuścioch rozgniatał je, a Smykacz wysyłał pociski z procy, ale było ich za dużo. Mika został użądlony - tylko raz - i od razu wyraźnie spowolniło to jego ruchy, tak szybko działał jad. Zabite i ogłuszone pszczoły pokryły ziemię wokół nich, ale przybywały setki następnych - najwyraźniej ogłoszono alarm. Gryzonie nie miały tu już co robić. Zbroja Mysiego Rycerza chroniła go przed użądleniami i zdawało się, że jest niepokonany, jednak mógł zadawać ciosy mieczem, aż mu ręka odpadnie i nadal nie zdołałby zabić wszystkich. Nie było nadziei na wygraną, więc ogłosił odwrót.

Biegli i biegli, a pszczoły ciągle następowały im na pięty. Mika był poważnie ranny, więc Mysi Rycerz pozostał trochę w tyle, żeby dać im czas na ucieczkę. Kilka ciosów mieczem i pszczoły cofały się, zdumione tą metalową myszą. Wtedy Rycerz korzystał z okazji i biegł dalej. Powtórzył ten manewr kilka razy. Cała drużyna była zmęczona i obolała, a Mika kulał nieprzytomnie, oszołomiony trucizną. W końcu pszczoły zawróciły.

...kilka ciosów mieczem i pszczoły cofały się... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Godzinę później stało się jasne, że Mika ma poważne kłopoty. Pszczoły użądliły go kilka razy, a nawet jedno takie użądlenie mogło być śmiertelne. Każdy z nich umarłby od jednego użądlenia, może oprócz Tłuściocha, który pewnie wytrzymałby dwa. Ostrożnie usunęli żądła (razem z workami jadowymi) i zachowali je na wszelki wypadek. Ale Mika nadal był w bardzo złym stanie. Tylko jedna rzecz mogła mu pomóc, i tylko jedna osoba mogła to zrobić. Tak czy owak była to myśl, która już od dawna dojrzewała w jego głowie. Teraz był zmuszony wprowadzić ją w czyn, ale nie miało to znaczenia. Oddech Miki stawał się chrapliwy i płytki. Mógł nie przeżyć tej nocy. Pozbierał więc swoje rzeczy i wziął zapasowy miecz z sakwy.

- Smyku, czuwaj nad obozem dopóki nie wrócę. Jeśli nie wrócę... zawróć i idź do domu.

Smykacz był wystraszony i zmartwiony, ale skinął głową, próbując zachować się dorośle i odpowiedzialnie - tak jak wyobrażał sobie giermka wielkiego bohatera. Ale nie mógł się oprzeć pokusie i nie zapytać:

- Dokąd idziesz, Panie?

Mysi Rycerz zwrócił głowę w stronę drzewa z barcią.

- Udaję się na audiencję.


- Wasza Wysokość - zwróciła się wojowniczka do Królowej.

- Mów - odrzekła zajęta Królowa.

- Dziwny mysz, która brał udział w walce, przybył, aby prosić o audiencję - powiedziała wojowniczka.

- Przybył samotnie? - zapytała. - Odważny. Czy to ten sam mysz, jesteś pewna?

- Żadna inna mysz nie strąciła tylu naszych w bitwie. Nosi zbroję i miecz. Tak, Wasza Wysokość, jestem pewna, że to ten sam mysz.

Otoczona eskortą najlepszych strażniczek Królowa wyszła z gniazda i wspięła się na gałąź drzewa, gdzie oczekiwał jej Mysi Rycerz, ze wszystkich stron oblegany przez żółć i czerń. Skłonił się nisko i uprzejmie:

- Bądź pozdrowiona, sławna i piękna Królowo miodnych pszczół - powiedział z ujmującym uśmiechem. Z początku Królowa była zdumiona, że mysz śmie prosić o posłuchanie poza gniazdem, i chciała skazać go na śmierć, jednak najwyraźniej nie można było się go pozbyć. Teraz, gdy sama zobaczyła tego małego dżentelmena, uznała, że jest uroczy, a do tego rycerski. Myszy polne nie znały się ani trochę na rycerstwie. Takiego pozdrowienia nie słyszała od nikogo oprócz pszczół. Polubiła go od razu, ale nie mogła kapitulować zbyt szybko. W końcu do niedawna był wrogiem pszczół.

- Czego chcesz ode mnie, Sir Myszu? - zapytała z wysoko uniesioną głową, podtrzymywana przez trutnie. - Dużo ryzykujesz, przychodząc tutaj.

- Wiem o tym, Wasza Wysokość - odpowiedział Mysi Rycerz. - Mam dla Ciebie propozycję. I potrzebuję Twojej pomocy.

- Co takiego mógłbyś mi zaoferować, czego jeszcze nie mam? Nie potrzebujemy niczego, czego nie moglibyśmy zdobyć sami - rzuciła po królewsku, jakby mówiła w powietrze.

- Nadchodzi zima - powiedział mysz. Królowa zamilkła. Wpatrywała się w niego.

- Tak - powiedziała w końcu.

- Zima jest zabójcza dla twojego gatunku, tak samo dla mrówek - powiedział Mysi Rycerz.

- A ty możesz mi zaoferować jakieś wyjście z tej sytuacji? - zapytała z niedowierzaniem, najwyraźniej wątpiąc w jego słowa. Mysz tylko się uśmiechnął.

- Spotkaj się ze mną przy małym stawie jutro o zmierzchu, Królowo, a jeśli obawiasz się zasadzki, przyprowadź cały rój. Tam wszystko wyjaśnię.

Królowa przechyliła głowę; jej czułki poruszały się gwałtownie.

- Zastanowię się nad tym. Jednak nie pozwolę ci odejść, dopóki nie wyjaśnisz, po co przyszedłeś.

Mysz uklęknął na jedno kolano przed Królową i dobył miecza. Trutnie i strażniczki zabrzęczały wściekle, ale Królowa uciszyła je jednym uniesieniem skrzydła. Mysi Rycerz przemówił:

- Wyznaję uczciwie, przyszedłem, ponieważ mój najlepszy przyjaciel umiera od jadu twoich dzielnych wojowniczek. Jednak jeszcze zanim natknęliśmy się na twoje drzewo i wypiliśmy twój cenny i smakowity miód, układałem w myślach plan, który uratuje wszystkich mieszkańców pola przed okrutną zimą. Jeśli będziecie współpracować, mogę was nauczyć, jak przetrwać.

Pszczoły zabrzęczały głośno. Królowa uciszyła je i uśmiechnęła się.

- Był kiedyś ktoś, kto próbował dokonać dokładnie tego samego - powiedziała.

- Nemo - stwierdził Mysi Rycerz.

- Tak - odrzekła miękko. - Słyszałeś o nim.

- Jest prawdziwą legendą. Kim był Nemo?

- Nie było mnie tutaj wtedy. To było kilka lat temu. Jednak wiem, że był kimś w rodzaju proroka i że proponował nam, żebyśmy sprzymierzyli się razem i żyli w pokoju.

- Dlaczego tak się nie stało?

- Żył bardzo krótko. Zniknął niedługo po tym, jak się pojawił, a bez niego nikt nie chciał słyszeć o pokoju. Nie wiedzieliśmy, co robić. Był z nami tylko przez trzy dni.

Mysi Rycerz zastanowił się.

- Ja mogę wam powiedzieć, co zrobić - powiedział - ale potrzebuję waszego zaufania. Jak mogę na nie zasłużyć?

Królowa pochyliła się ku niemu i utkwiła fasetowe oczy w białym pyszczku.

- Częściowo już na nie zasłużyłeś. Przychodząc tutaj. Cenimy odwagę. Jednak mój rój pójdzie za tobą tylko jeśli inne zwierzęta też pójdą. Przy stawie, o zmierzchu.

- Będę tam - odpowiedział Mysi Rycerz. - I mam nadzieję, że nie przybędę samotnie.

Królowa potarła skrzydełkami, a na ten znak trutnie przyniosły gęstą, różową substancję i złożyły na ziemi u stóp Mysiego Rycerza. Bryłka była dość duża - mniej więcej jednej czwartej wielkości myszy.

- Mleczko pszczele - wyjaśniła Królowa. - Połączone z dwoma innymi składnikami, których niestety nie znam, jest lekiem na nasz jad.

- Gdzie mogę znaleźć dwa pozostałe składniki, Królowo? Mój przyjaciel jest bardzo chory.

- Właśnie tam, dokąd zmierzasz - odpowiedziała. - U mrówek i u myszy.

Mysi Rycerz uśmiechnął się.

- W takim razie... za pozwoleniem Waszej Wysokości? - zapytał.

Skinęła głową i Rycerz odszedł, niosąc pszczele mleczko zapakowane w duży liść.


Wpadł do obozu i zostawił mleczko przy Mice, gorączkującym i bardzo słabym. Kazał Smykaczowi pilnować Miki i mleczka. Potem znowu wybiegł bez słowa.


...spotkał się z królową mrówek... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Następnie spotkał się z Królową mrówek i zdołał ją przekonać, że może na tym zrobić niezły interes. Ona również wspomniała Nemo.

- Nadal opowiada się o nim różne historie - powiedziała.

- Co one mówią? - zapytał Mysi Rycerz.

- Że był łagodny i uprzejmy. Że nie znał naszych zwyczajów. Że był mądrzejszy, niżby na to wskazywał jego wiek.

- Czy mogę dostać jeden z tych składników, które leczą pszczeli jad?

- Nie jesteś naszym wrogiem, myszu. Jesteśmy ufnym gatunkiem. Dostaniesz go, a my przyjdziemy na twoje spotkanie.

Otrzymał liść pełen słodkiego nektaru, który przechowywały we własnych ciałach mrówki wiszące u sufitu mrowiska, o odwłokach wzdętych od czystego soku . Wrócił do obozu, a potem znowu wybiegł.


Jednak polnych myszy nie można było nigdzie znaleźć. Po poszukiwaniach trwających godzinę Mysi Rycerz był zrozpaczony i zdesperowany. Usiadł. Drapiąc się w głowę tylną łapką, powiedział sam do siebie:

- Myśl, Rycerzu, myśl! Spójrz na problem szerzej. Co zrobiłby Parsiwal?

Poczuł jakiś zapach i szybko wstał. Niuch, niuch.

- Widzicie mnie zawsze! - pisnął. - Zawsze mnie widzicie!

Żadnej odpowiedzi.

- Też chcę was zobaczyć! - zawołał. - Wzywam was! Wyjdźcie!

Nic. Na polu panowała głęboka cisza.

Zaczął tupać i skakać z frustracji.

- Niech to szlag, nie jestem stąd! Nie znam tajnego hasła! Przyszedłem, żeby zaproponować wam coś... - zatrzymał się nagle i jego oczy zabłysły.

- Wzywam was, polne myszy, W IMIĘ NEMO!

O pół metra od niego polna mysz wysunęła głowę z trawy. Potem następna, i jeszcze następna. Było ich około setki. Co najmniej. Przybyły z całego pola, z bliska i z daleka, aby zobaczyć uzbrojoną mysz, która pokonała kota.

Otaczały Mysiego Rycerza z każdej strony. Powiedział im o swoim planie. Słuchały w ciszy. Zapytał, czy przyjdą na spotkanie przy stawie - skinęły głowami. Nie są zbyt gadatliwi, pomyślał. Zapytał o trzeci składnik antidotum - przyniosły mu mały kwiatek. W końcu zapytał ich:

- Kim był Nemo?

Jeden z nich, nieco starszy od reszty, wysunął się naprzód.

- Szynszyla - powiedział.

- Szynszyla? - Mysi Rycerz był zdziwiony. - Co szynszyla robił na środku pola, tysiące mil od swojego rodzinnego kraju?

Spojrzeli po sobie, zakłopotani. Jednak starszy mysz wskazał na wschód i powiedział:

- Człowiek.

Uszy Mysiego Rycerza wyprostowały się gwałtownie. Oczy rozszerzyły.

- Nemo był zwierzęciem domowym?! - wykrzyknął.

Mysz skinął głową.

To miało sens. Zwierzę domowe. Przyjazny człowiek. Nemo musiał w jakiś sposób przywędrować z domu przyjaznego człowieka... utknął tu na polu... i rozmawiał ze zwierzętami tak samo, jak on teraz zamierzał. Więc przyjazny człowiek naprawdę istniał! Ich podróż nie była nadaremna.

Podziękował myszom i pobiegł do obozu z kwiatem, żeby powiedzieć reszcie o wszystkim.


Antidotum zadziałało i Mika zaczął zdrowieć. Mysi Rycerz przekazał, czego dowiedział się o Nemo i jego domu. Musiał być niedaleko, może jakieś dwadzieścia kilometrów. Byli tak blisko - i nawet nie zboczyli z drogi! Ich cel był już o włos. Jeśli do tego jego plan zadziała, uzyskają pomoc innych zwierząt. Był tak podekscytowany, że nie mógł spać. Chodził w tę i z powrotem pod osłoną krzewów przez cały dzień, rozmyślając o tym, co powie na wielkim zgromadzeniu. Chodził i myślał, chodził i myślał, chodził i... w końcu zasnął.


O zmierzchu trzy polne gatunki dotrzymały danego słowa i spotkały się przy stawie. Było to coś niesamowitego. Tysiące pszczół i mrówek, a nawet myszy. Było tam więcej myszy, niż Mysi Rycerz widział w całym swoim życiu.

Jego drużyna była przy nim, starając się zachowywać poważnie i po królewsku. Smykacz nie mógł usiedzieć spokojnie, Tłuścioch wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie, a Mika był ciągle blady i znużony, z drżącymi łapkami. Jednak i tak oczy wszystkich spoczywały na Mysim Rycerzu.

Tego wieczoru tworzono historię. Mysi Rycerz wyjaśnił, że jeśli połączą szybkość pszczół, siłę myszy i liczebność mrówek, będą o wiele silniejsi. Będą kontrolować powietrze, ziemię i podziemie. Nic nie stanie im na drodze. Muszą tylko znaleźć jakieś miejsce, gdzie wszystkie trzy gatunki mogą zamieszkać w zimie. Miejsce z ogrzewaniem, wodą i jedzeniem. Mysi Rycerz objaśnił im, czym są domy, ogrzewanie i rośliny, które rosną cały rok. Opowiedział o pszczołach hodowanych przez ludzi, o śmietnikach, które spodobałyby się każdej mrówce, o ludziach, którzy trzymają myszy w domu. O ludziach, którzy dokarmiają zwierzęta w parkach. Musieli tylko znaleźć człowieka, który pozwoliłby im żyć w spokoju, razem, obok swojego domu. A skoro mieli do dyspozycji sieć pszczół, mrówek i myszy, było to łatwe zadanie. Musiało się udać. Nemo chciał kiedyś zrobić dokładnie to samo - powiedział im - był tego pewien. Chciał ich zaprosić, aby przyszli mieszkać obok jego przyjaciela - człowieka. Jednak coś się musiało wydarzyć, zanim zdążył powiedzieć, gdzie jest ten dom. Dlatego, aby uczcić jego pamięć, trzy gatunki miały przybrać nazwę Plemion Nemo i zawrzeć sojusz, zgodnie z którym zawsze pośpieszą sobie z pomocą. Jeśli zima nadejdzie zanim odnajdą człowieka, Mysi Rycerz nauczy ich budować coś w rodzaju domów, tak żeby zachować ciepło oraz chronić się przed złą pogodą i drapieżnikami.

Pomysł spodobał się wszystkim. Jednogłośnie zgodzili się, aby przybrać nazwę Plemiona Nemo. Mysi Rycerz po raz kolejny dokonał rzeczy nigdy dotąd nie dokonanej - zjednoczył pole.

Pszczoły wyruszyły, aby szukać domu z powietrza, mrówki wysłały zwiadowców w każdą stronę, a myszy pobiegły szukać innych myszy, które znalazłyby jeszcze inne myszy i tak dalej. W krótkim czasie drużyna Mysiego Rycerza znów była samotna, wędrując, jak mieli nadzieję, w dobrym kierunku i oddalając się od stawu. Pszczoły przyniosły im miód. Mrówki nektar i kawałki czekolady, które znalazły przy drodze. A myszy zwróciły z dziesięciokrotną nawiązką wszystkie pestki słonecznika i jagody. Było tego tyle, że nie mogli unieść nawet jednej setnej. Obładowani świeżymi zapasami, szczęśliwi i najedzeni rozpoczęli ostatni, jak mieli nadzieję, etap podróży. Wszyscy byli podniesieni na duchu i radośni, nawet Mika, mimo że ciągle słaby, śmiał się. Kiedy nadszedł świt ciągle maszerowali i rozmawiali, szczęśliwi, pełni energii i nadziei.

...nagle Smykacz przestał być szczęśliwy... (Copyright 2002 Cutter Hays)

I wtedy, nagle, Smykacz przestał być szczęśliwy. Zatrzymał się i został w tyle. Mysi Rycerz dopiero po minucie zorientował się, że go brakuje. Obrócił się i zobaczył, że Smykacz siedzi metr za nimi, w świetle wczesnego poranka.

- Co się stało, Smyku? - zapytał uśmiechając się. - Za dużo zjadłeś?

Tłuścioch i Mika szli dalej, radośnie wspominając stare dobre czasy w mieście, i ledwo zauważyli, że mysz się zatrzymał. Mysi Rycerz podszedł do Smykacza, szukając wokół oznak czegoś niezwykłego. Mały mysz był w histerii bez żadnego widocznego powodu. Sierść zjeżyła mu się na grzbiecie. Na pyszczku malował się czysty strach. Trząsł się cały jak osika.

- Mika! Tłuścioch! - krzyknął Mysi Rycerz i w tym samym momencie zobaczył wielki cień przesuwający się nad nimi jak duch. Odtrącił Smykacza na bok i dobył miecza tak szybko jak mógł.

Mika i Tłuścioch odwrócili się w samą porę, żeby zobaczyć - a nawet poczuć - silne uderzenie. Wielki ptak ostro pikując wylądował prosto na Mysim Rycerzu. Wszyscy usłyszeli trzask zbroi wśród kurzawy pyłu i piachu. Smykacz upadł tylko kilka centymetrów od skrzydeł uderzających o ziemię. Jastrząb wylądował.

Z oczami rozszerzonymi ze strachu Mika i Tłuścioch wydali okrzyk wojenny i rzucili się na olbrzymią, pierzastą postać. Mimo to wiedzieli, że nie zdążą na czas. Smykacz sięgnął po plastikowy miecz, ale został odtrącony przez wielkie skrzydło - to było jak uderzenie o mur. Mały mysz pożeglował w powietrzu, sztywny i bez życia.

Dziób opadł na ciało Rycerza. Dwa razy. Usłyszeli, jak pęka zbroja; zobaczyli, jak pancerz rozpada się na pół. Miecz uniósł się. Wśród kłębów pyłu szczur i gruby mysz ujrzeli, jak miecz Rycerza łamie się przy uderzeniu o głowę jastrzębia, nie zadając żadnej rany. Usłyszeli, jak dziób uderza o metal, i tarcza wyleciała w powietrze, wyrwana z rąk ciągle walczącego Rycerza. Zatrzymali się, gdy kurz wreszcie opadł i zobaczyli przerażającą scenę.

Szpony ściskały Mysiego Rycerza w pękniętej zbroi. Oczy wychodziły mu z orbit. Krew lała się z ust i z nosa. Zgroza na twarzy mówiła jasno, że jest w agonii. Ogon wił się nieprzytomnie. Tylnie łapki drgały gwałtownie.

- Pole zjednoczone przez zwierzynę łowną! - zagrzmiał jastrząb, drwiąc z nich. - Czy wyobrażałeś sobie, że pozwolę na coś takiego?!

Mika i Tłuścioch przyjęli pozycję do walki, stojąc pół metra od wcielonej śmierci. Mysi Rycerz siniał od braku tlenu. Krew płynęła strumieniem z pyszczka. Jastrząb miał go w garści. Ich wszystkich.

- Żałosne gryzonie - krzyknął ptak, patrząc im w oczy morderczym wzrokiem. - To ja zabiłem Nemo!

Pyszczek Mysiego Rycerza rozchylał się nieustannie w desperackiej walce o oddech.

- A teraz zabiję CIEBIE!





Część IV: W czarnej godzinie


Jastrząb zerwał hełm z głowy Mysiego Rycerza i cisnął nim o ziemię. Mały mysz po raz drugi w życiu wyglądał jak całkowicie bezsilne zwierzę; jego oczy patrzyły szklanym wzrokiem a twarz zastygła w rezygnacji.

- Tylko spróbuj go zabić - krzyknął Tłuścioch - a sam zginiesz sekundę później, śmieciu!

Jastrząb spojrzał na bezczelną mysz i odpowiedział:

- Nawet wszyscy razem i w pełni sił nie nadajecie się ani trochę na godnego przeciwnika, myszko.

Jednakże pozwoliłem sobie zaprosić do walki moje sługi.

Tłuścioch usłyszał za sobą jakiś hałas i obrócił się na pięcie.

- Mika, uważaj!

I wykonał swój manewr "Powalacza Myszy" wpadając na Mikę. Zaskoczony Mika przewrócił się na bok i poczuł, że coś minęło go o milimetry. Ale to coś uderzyło w Tłuściocha, który skrzeknął gwałtownie, jak powietrze uchodzące z opony.

- Aj, to szczypie! - wykrzyknął smutno. Na tylnej łapie miał dwie krwawiące ranki.

Młody grzechotnik zwinął się, aby zaatakować ponownie, niezadowolony z tego, że nie trafił w swój cel za pierwszym razem. Mika ciągle był oszołomiony jadem pszczół. Nie zdołałby zrobić uniku. Nawet nie zdołał się odwrócić.

..głowa węża wykonała błyskawiczny ruch - to samo zrobił Tłuścioch... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Głowa węża wykonała błyskawiczny ruch - to samo zrobił Tłuścioch. Nigdy w życiu nie poruszał się tak szybko. Kiedy głowa węża przesuwała się obok niego, skoczył i wylądował na niej czterema łapami. Wąż uderzył o ziemię z pyskiem pełnym piachu.

- Myślałeś, że możesz nas pozabijać, kiedy chcesz, co! - ryknął Tłuścioch. Złość w nim aż wrzała.

Ich marne szanse i stres sprawiły, że zyskał siłę i szybkość berserkera. Nie bał się już niczego. Był wściekły.

Wąż wyciągnął głowę z ziemi i spojrzał ze zgrozą na rozgniewaną, wielką mysz idącą prosto na niego.

- Wydaje ci się, że możesz mnie gryźć, ty mała gnido! Wydaje ci się, że możesz mnie zabić?!?! - stąpał ciężko w stronę węża zwinąwszy łapy w pięści. Wąż w panice uderzył ponownie i ugryzł Tłuściocha w brzuch. Wielki mysz zwinął się z bólu i zgiął wpół. Wąż cofnął się i czekał, aż mysz umrze.

Jednak mysz wyprostował się i ruszył na niego!

- Nawet nie dasz rady objąć mnie pyskiem, ty nędzny kawałku sznurka! - wrzasnął Tłuścioch. - Nie dasz mi rady, ty gumko do majtek! Wąż już sobie nie zagrzechocze! Wąż dzisiaj zginie! - tym razem dopadł zdumionego grzechotnika, który tylko patrzył na nienormalną mysz ze strachem. Role się odwróciły i Tłuścioch dobrze się przy tym bawił.

- Wiesz co, druciku? - powiedział nachylając się nad przerażonym wężem. - Muszę nadrobić to, co straciłem na wadze. Chyba cię zjem! - z tymi słowami pochwycił zębami szyję węża i wgryzł się z całej siły w jego kręgosłup.

Kręgosłup pękł i wąż zmarł natychmiast ze zdumionym spojrzeniem na zastygłej twarzy.

Jastrząb nie był zadowolony. Mika widział wszystko co zaszło i teraz był w rozterce, czy obserwować jastrzębia, czy pomóc Tłuściochowi, który wolno osuwał się na ziemię.

- To bez znaczenia - powiedział jastrząb. - Jedno jedzenie zabiło drugie. Wszyscy jesteście bez znaczenia.

Mysi Rycerz był nieprzytomny. Gniew Miki już dawno osiągnął stopień wrzenia, ale szczur powstrzymywał się. Zachowywał go na ten moment, kiedy będzie go naprawdę potrzebował. Zdawało się, że ta chwila już nadeszła, dziób jastrzębia wzniósł się, aby zadać ostateczny cios w nieosłoniętą hełmem głowę Mysiego Rycerza. Mika sprężył się, aby ruszyć do ataku, chociaż wiedział, że tego właśnie oczekuje jastrząb i że on sam również zginie, może tylko podaruje myszowi kilka sekund życia... o ile jeszcze żył.

Niech więc tak będzie, pomyślał Mika. To było zobowiązanie aż do śmierci, i wszyscy o tym wiedzieliśmy. To nie jest wcale zła śmierć.

Wtedy stało się coś, czego jastrząb się nie spodziewał. Zabrzmiał ostry brzęk gumy i kanciasty kamyk oślepił prawe oko ptaka.

Jastrząb krzyknął z bólu i wściekłości. Rozpostarł skrzydła, aby wznieść się w górę. Kiedy będzie w powietrzu, bez wysiłku rozedrze znienawidzoną mysz na pół.

Ale nagle zjawiły się pszczoły żądlące go w głowę i grzbiet. Mrówki gryzące go w nogi - setki mrówek. I myszy. Myszy wyłaniające się spod każdego źdźbła trawy, wskakujące mu na skrzydła, żeby nie mógł odlecieć, gryzące ze wściekłą zajadłością.

Jastrząb roześmiał się z ich ataku i podniósł się w powietrze.

Myszy nie są wystarczającym ciężarem, pomyślał Mika, a jego serce biło jak oszalałe. Ale może JA jestem!

...dzielny szczur jednym skokiem rzucił się na kark jastrzębia... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Smykacz ładował kolejny kamień do procy, kiedy zobaczył jak dzielny szczur jednym skokiem rzuca się na kark ogromnego jastrzębia. Jego zęby zatonęły wśród pierza. Jastrząb wydał ogłuszający skwir, ale nadal unosił się w powietrze. Oddaliwszy się od ziemi i małego mysza ptak rzucił się na wrogów w powietrzu, przez tę jedną cenną chwilę zapomniał o małym ciałku.

- Uda... uda ci się, Smyk! - wydyszał Tłuścioch.

- Mysi Boże, prowadź moją rękę! - wyszeptał Smykacz i wypuścił swój pocisk.

Trafił dokładnie w środek lewego oka.

Jastrząb szarpnął się gwałtownie na prawo, a jego szpony rozchyliły się. Mysi Rycerz wysunął się z nich i zaczął spadać. Mika zsunął się z szyi ptaka, ale zdołał uchwycić się pierza na jego piersi - trzymał je z całej siły łapkami i zębami.

Mysi Rycerz spadał z dużej wysokości. Pięć metrów albo i więcej.

- On nie może umrzeć! - krzyknął Tłuścioch. Podźwignął się na cztery łapy czystą siłą woli. Jego oczy łzawiły, pyszczek miał bezwładnie otwarty. Zatoczył się przez moment, a potem rzucił w stronę, gdzie miał upaść Mysi Rycerz.

Smykacz poczuł podmuch wiatru, gdy Tłuścioch przebiegł koło niego. Jego futro było zmierzwione, uszy pobladłe, a oczy zaszły mgłą, ale biegł szybko jak wiatr. Sam Smykacz nie mógłby biec szybciej. Mały mysz podążył za grubym w oszołomieniu, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi, zupełnie bezradny. Miał wrażenie, że jego głowa staje się niezwykle lekka, jak we śnie. Wszystko stało się nierzeczywiste, jak w psychodelicznym zwidzie.

W tym poczuciu nierealności Smykacz zobaczył, jak Mysi Rycerz spada prosto na Tłuściocha, który stanął dokładnie na jego drodze. Gruby mysz zapiszczał, a bezwładne ciało małej myszy w strzaskanej zbroi odbiło się od niego i upadło na ziemię z niewielkim łomotem.

Otępiały Smykacz spojrzał w górę i zobaczył kontur jastrzębia miotającego się po niebie. Zobaczył zarys sylwetki Miki na tle nieba rozświetlonego jutrzenką. Szczur wgryzł się głęboko w szyję ptaka, przebił pierze i dotarł do ciała. Potem zobaczył jak głowa jastrzębia wygina się gwałtownie do tyłu a skrzydła zatrzymują się w locie. Dwa ciała spadły z nieba, kilkadziesiąt metrów... w zwolnionym tempie... aż w końcu zniknęły za linią horyzontu.

Minęło chyba kilka minut, nim wróciło mu poczucie rzeczywistości. Usłyszał, że ktoś woła go po imieniu. Z początku myślał, że to jego mama woła go na obiad. Ale to był Tłuścioch, chrapliwie powtarzający jego imię.

- Smyku. Ej... Smyku...

Smykacz odwrócił się i utkwił szeroko otwarte oczy w ciele Mysiego Rycerza, stłamszonym i wygiętym w dziwnej, nienaturalnej pozycji. Jego głos drżał.

- Tak?...

Tłuścioch chichotał cicho.

...Jestem rycerzem!... (Copyright 2002 Cutter Hays)

- Widziałeś to? Widziałeś... Smyku... ja... ja zabiłem węża.

Kaszlnął i syknął z bólu. Wyglądał naprawdę źle. Oczy mu się zamykały, szczęka opadała w szybkim, urywanym oddechu. Boki podnosiły się i opadały przy oddychaniu. Nos i wargi pobladły chorobliwie. Mimo to próbował się uśmiechać. Wiedział, że mały mysz jest na wpół martwy z przerażenia i że już wkrótce może pozostać zupełnie sam na tym świecie.

- Zabiłem węża, Smyku - wydyszał. - To znaczy, że jestem teraz mysim rycerzem! Jestem rycerzem!

Smykacz pomyślał, że trzeba być najpierw pasowanym, żeby zostać rycerzem... ale nic nie powiedział. Podczołgał się tylko powoli do Tłuściocha i ułożył na nim, starając się go ogrzać. Tłuścioch wciąż walczył o oddech, osuwając się w omdlenie. Mimo to nie przestawał mówić, jak zwykle.

- Jestem mysim rycerzem, mały! Prześcignąłem cię w tej kwestii! Jestem rycerzem. Jestem rycerzem. Zrobiłem to... Jestem ważny. Jestem kimś! Nie dopuść, żeby o tym zapomnieli, Smyku. Udało mi się. Jestem rycerzem... Ja... rycerzzz....

I umarł.

Smykacz rozpłakał się.

- Nigdy nie pozwolę, żeby cię zapomnieli, Tłuściochu! - obiecał. - Nie ma mowy. Nigdy!

Leżał na zwłokach przyjaciela i płakał, aż zabrakło mu łez. Potem podniósł głowę. Opanował go paniczny strach. Zdał sobie sprawę, że został całkiem sam.

Podszedł do Mysiego Rycerza. Zakrzepła krew pokrywała jego twarz. Oczy były spuchnięte. Zbroja uległa kompletnemu zniszczeniu. Ale oddychał.

- Proszę, Panie! Proszę, obudź się! - błagał mały mysz. - Nie wiem, co robić, jeśli ciebie zabraknie! Nie znam drogi do domu! Ja chcę do mamy! - Smykacz wpadł w histerię. Głowa Mysiego Rycerza powoli i z bólem uniosła się do góry. Powieki rozchyliły się.

- No, no, Smyku... - wychrypiał. - Nie możesz dopuścić... żeby ktoś zobaczył... jak dzielny giermek... płacze...

- Panie! Ty żyjesz! - pisnął Smykacz i rzucił się w objęcia powalonej myszy.

- Uhhh! - jęknął Mysi Rycerz. - Ale już niedługo... jeśli zrobisz tak jeszcze raz.

- Co mam zrobić, Panie? - zapytał błagalnie Smykacz.

- Weź się w garść - zakomenderował rycerz. Podniósł się chwiejnie i stanął na słabych, niepewnych łapkach. Oddech palił go w płucach. W ustach czuł piach. - Co się stało ze wszystkimi? - zapytał.

Smykacz spojrzał na niego bojaźliwie, jakby miał na kogoś naskarżyć.

- Umarli - jęknął. Łzy znowu polały się po jego twarzy.

Litość i współczucie wypełniły oczy Mysiego Rycerza, pokryte skorupą zakrzepłej krwi. Przygarnął Smykacza do siebie. Przypomniał sobie, jak obiecał Drzewince, że będzie się o niego troszczył. Teraz wyglądało na to, że nie dotrzyma obietnicy. Nie chciał mówić tego Smykaczowi, ale nie miał już siły iść dalej, nawet kilometra. Czuł, że coś w nim w środku jest... nie tak. Przy każdym oddechu płomień wypełniał jego płuca. Pomyślał o wielkich rycerzach z książek, które kiedyś czytał. Oni nigdy się nie poddawali, nawet gdy wydawało się, że wszystko przepadło. A niemal zawsze był taki moment, kiedy wydawało się, że wszystko przepadło.

- Po pierwsze, zdejmij ze mnie tę zbroję, Smyku... - zaczął.

- Twoją piękną zbroję? Panie! - wykrzyknął Smykacz, przerażony samą myślą o tym, że jego pan ma podróżować bez ochrony.

- Nie jest już wcale piękna, Smyku - odpowiedział ranny mysz. - Spełniła swoje zadanie a teraz my musimy wykonać swoje. Musisz być teraz silny, Smyku. Naprawdę silny. Twoja mama powiedziała, że jesteś silny. Jesteś?

Smykacz spojrzał mu prosto w oczy - Mysi Rycerz jeszcze nigdy nie widział u niego takiego wyrazu twarzy. Był śmiertelnie poważny.

- Tak, jestem - powiedział. - Nie zawiodę cię, Panie.

- W porządku - skinął Mysi Rycerz.

Zbroja zsunęła się, a właściwie rozpadła na pół. Zniosła siedem (albo i więcej) silnych ciosów jastrzębich, uderzenia kocich łap, wiele bitew z pszczołami i chrząszczami. Spełniła swoje zadanie lepiej, niż można było oczekiwać. Mysi Rycerz odczuł dotkliwy ból straty, kiedy zobaczył, jak leży bezużytecznie na ziemi. Czuł się tak, jakby pozostawiał starego przyjaciela. Bez niej zginąłby już po wielokroć.

- Czy zostały nam jakieś miecze? - zapytał rycerz. Były lekkie - mogli nieść je ze sobą.

- Wszystko niósł Mika, straciliśmy je razem z nim - odpowiedział Smykacz. - Nie mamy niczego.

Mysi Rycerz spojrzał w kierunku wschodzącego słońca.

- Sir Parsiwal.

- Co takiego, Panie? - zapytał Smykacz.

- Sir Parsiwal poszukiwał Świętego Graala - Mysi Rycerz zdołał odezwać się silnym głosem. - Była to jedyna rzecz, która mogła uratować królestwo Kamelot. Szukał całymi latami. Stracił wszystko, co miało dla niego znaczenie. Stracił nawet nadzieję. Chłopi, którzy nienawidzili króla z powodu upadku królestwa, pobili go niemal na śmierć i wrzucili do rzeki. Utonąłby, gdyby nie zrzucił z siebie zbroi. Stracił naprawdę wszystko, a wtedy stał się wolny i mógł ujrzeć Graala. Dopiero wtedy.

- Tak jak ty - powiedział Smykacz.

- Nie - odpowiedział Mysi Rycerz, patrząc na giermka - Jak ty.

- Ale... ale ja mam ciebie, Panie.

Mysi Rycerz położył drżącą łapkę na ramieniu młodego mysza.

- Tak, ale możliwe, że nie na długo, Smyku. Nie czuję się dobrze. Jestem chory.

- Ale... ale nie dokonam tego bez ciebie! - wykrzyknął Smykacz, czując jak wzdłuż jego kręgosłupa sunie dreszcz strachu. Mysi Rycerz zbliżył nos Smykacza do swojego. Giermek poczuł zapach krwi, potu i determinacji.

- Dokonasz - powiedział rycerz. - Dokonasz tego beze mnie... ponieważ musisz to zrobić! Nie masz dużego wyboru. Musisz to zakończyć - albo doprowadzisz tę głupią misję do końca, albo wrócisz do miasta. Wiem, że nie wrócisz. Ja pójdę naprzód, nawet jeśli będę musiał się czołgać.

- Poniosę cię, Panie.

- Nie mów głupstw, Smyku. Nie możesz długo nieść drugiej myszy. Będziesz zmęczony, głodny, spragniony i zziębnięty. Mogę umrzeć, Smyku. Jeśli tak się stanie, powiesz kilka miłych słów i zostawisz mnie, rozumiesz? Wróć do swojej mamy albo spróbuj ukończyć misję, cokolwiek wyda ci się słuszne. Ale nie zostawaj przy mnie. Martwa mysz na polu przyciąga... złe rzeczy.

Smykacz był tak przerażony, że nie mógł tego znieść. Jednak przełamał się z trudem i skinął słabo głową.

- Czy jastrząb nadal żyje? - zapytał Mysi Rycerz zbierając się do drogi. Po raz ostatni polizał Tłuściocha.

- Nie... - pisnął cicho Smykacz. - Mika go zabił.

Mysi Rycerz spojrzał sponad ciała Tłuściocha i uśmiechnął się.

- To chyba znaczy, że był najlepszy z nas wszystkich, czyż nie?


- Mamy raport zwiadowcy, Wasza Wysokość - powiedziała pszczoła, stojąc na baczność przed Królową.

- Słyszałam, że odbyła się wielka bitwa - odpowiedziała Królowa. - Powiedz mi, jaki był wynik.

- Zginęli wszyscy, których widziałem, oprócz jednego, Wasza Wysokość.

- Którego?

- Najmniejszego, młodego mysza, Wasza Wysokość.

Królowa pochyliła głowę. Wszystkie pszczoły powtórzyły jej gest.

- Tak jak Nemo - powiedziała. Potem podniosła głowę, a jej oczy płonęły. - Powiedz pszczołom, żeby wyroiły. Powiedz, żeby atakowały wszystko, co się rusza w powietrzu. Wypowiadam wojnę w imię Nemo. Ochraniajcie ostatnią mysz za wszelką cenę. Nie zapadniemy w sen zimowy, dopóki on nie będzie bezpieczny. Rzekłam!

Pszczoły zasalutowały i natychmiast zaczęły startować jak myśliwce, aby na rozkaz królowej przejąć kontrolę na niebie.

To samo zrobiły mrówki.

I myszy.

Ale nikt z nich nie wiedział, gdzie są ocaleni ani w którą stronę poszli.


Smykacz i Mysi Rycerz czołgali się powoli, w nadziei, że idą w dobrym kierunku, cały dzień i całą noc. Cały czas oczekiwali przeszkód lub drapieżników, ponieważ dwie jasno umaszczone myszy na ciemnym polu w biały dzień aż prosiły się o śmierć. Jednak śmierć nie nadeszła. Pole i niebo były ciche i puste. Jak gdyby na całym świecie zostali tylko oni.

Mysi Rycerz starał się rozweselić Smykacza, ale nie miał wiele sił. Podróżowali dwa razy wolniej, niż kiedyś. Mysi Rycerz kulał. Jego oddech był nierówny i urywany. Nie znaleźli jedzenia ani wody, co mogło oznaczać ich szybki koniec. Smykacz nerwowo zażartował, że chyba już gorzej być nie może.

Wtedy zaczął padać śnieg.


Jedzenie i woda były teraz dostępne w niewielkich ilościach - tylko tyle, aby utrzymać ich przy życiu, tak aby mogli cierpieć dłużej. Każdego dnia Rycerz słabł i zwalniał. Płynęło mu z nosa i bez przerwy kichał. Jego nogi drżały, musiał często odpoczywać. Ogon i łapki poszarzały, schudł bardzo w krótkim czasie. Smykacz bał się, ale dawał sobie radę. Jego Pan ciągle żył. Jeszcze.

Śnieg pokrył ziemię i musieli obchodzić wkoło zaspy, zmarznięci i nieszczęśliwi. Nie mieli siły na rozmowy czy pogawędki, byli ciągle zmęczeni i smutni. Smykacz czasami wspominał jakąś zabawną rzecz, którą powiedział Tłuścioch, albo mówił o tym, jaki silny był Mika. Mysi Rycerz potakiwał i uśmiechał się. Po kilku dniach już tylko się uśmiechał. W końcu w ogóle przestał reagować.

W nocy było okropnie zimno.

Pola Przeznaczenia stały się przerażającym, opustoszałym miejscem. Za dnia nie było słońca. Zakrywały je szare chmury. Raz padał deszcz, przez kilka godzin. Był lodowato zimny. Przemokli do nitki, nie mogli znaleźć nawet jednego kamienia, który posłużyłby za schronienie. Nie mieli siły na wygrzebanie norki. Drżeli mocno i przytulali się do siebie, próbując zachować ciepło.

Dziewiątego dnia Smykacz zaczął się zastanawiać, dlaczego jastrzębie albo węże nie polują na nich. Już chyba wolałby śmierć od tej nieustającej tortury, zimna i głodu. Zaproponował, żeby rozbić obóz, ale Mysi Rycerz szedł dalej.

Godzinę później zaproponował to po raz drugi, ale rycerz nie zwracał na niego uwagi i szedł dalej.

- Panie? - zapytał Smykacz machając łapką przed oczami Mysiego Rycerza. - Panie?!

Twarz Mysiego Rycerza wyglądała zupełnie jak twarz Tłuściocha, kiedy umierał. To przeraziło Smykacza, zatrzymał więc swojego pana siłą. Mysi Rycerz przewrócił się i leżał bez ruchu. Każdy oddech grzechotał w jego piersi.

Na wolności myszy uczą się, żeby nie pokazywać po sobie żadnych objawów choroby, gdyż w innym razie zostaną zauważone przez drapieżniki i jako zwierzęta słabe - wybrane na zdobycz. Dlatego kiedy myszy okazują jakieś dziwne zachowanie, najczęściej są już niemal martwe. Mysi Rycerz też postępował zgodnie z odwiecznym instynktem i starał się zachowywać normalnie. Aż do tej pory. Teraz gonił ostatkiem sił, a to nie wystarczyło, aby zrobić choć krok.

- Mój ukochany Panie! - wykrzyknął Smykacz i położył się na nim, aby go ogrzać - tak samo jak przedtem na Tłuściochu. Ciało Mysiego Rycerza trzęsło się z zimna. Oczy wypełniała zamarzająca woda.

- S... Smyk... - wyszeptał, a gdyby Smykacz nie był młodą myszą o znakomitym słuchu, nawet by tego nie usłyszał. Nachylił się do ust nauczyciela, aby go wysłuchać. Mysi Rycerz wysilił całą swoją wolę, aby wypowiedzieć kilka słów przez zamarznięte zęby.

- Zostaw... mnie... i... idź.

Smykacza cofnął się ze zgrozą.

- Nie... nie mogę! - jęknął.

- Musisz... - zakrztusił się rycerz.

Oczy Smykacza wypełniły się łzami, które spłynęły w dół i zamarzły na sierści. Potrząsnął głową i zapłakał. Ale Mysi Rycerz nie powiedział nic więcej. Ledwo oddychał, nie mógł się ruszyć. Trzymał się życia tylko resztką swojego nieugiętego ducha. Ducha tak potężnego, że natchnął setki stworzeń. Tysiące.

"Co zrobiłby Mysi Rycerz, gdyby był na moim miejscu?" - pomyślał z desperacją Smykacz.

A potem podniósł swojego pana i zarzucił na swój kościsty, wychudzony grzbiet.

...podniósł swojego pana... (Copyright 2002 Cutter Hays)


Mysz świeciła sinym blaskiem, jakby dziwnym cieniem światła, i nie miała oczu. Wcale, nawet gałek ocznych. A Smykacz widział wszystko poprzez nią. Pole było niezwykle ciche. Smykacz słyszał swój własny oddech i oddech Mysiego Rycerza - ale nie słyszał oddechu tej myszy.

Mysz była duchem.

Smykacz był bardzo zmęczony. Widział już wiele. Mimo to zadrżał wobec nowego zagrożenia, chociaż zdawało mu się, że teraz już na pewno nie może być gorzej.

- Czego... czego chcesz? - zapytał wystraszonym szeptem.

Duch otworzył usta i odległe echo wyjącego wiatru dało się słyszeć zanim padły słowa, jakby przyniesione podmuchem z głębokiej, zagubionej jaskini.

...to pole jest Polem Umarłych... (Copyright 2002 Cutter Hays)

- To pole... - zawodził duch - jest Polem Umarłych...

Smykacz skoczył do przodu i zadał duchowi cios zębami. Ale przeleciał przez swój cel i wylądował po drugiej stronie. Odwrócił się i powoli zaczął rozumieć, podczas gdy zmarła mysz przeleciała nad nim.

- Nie możemy... nigdy opuścić tego samotnego miejsca... - głos myszy przetoczył się po Smykaczu jak chłodna fala grozy. - Jesteśmy... przeklęci. To pole... jest nawiedzone... Nigdy... go nie opuściiiiiiiiisz....

Smykacz wrzasnął na całe gardło, jakby umierał w nieopisanym bólu, i obudził się.

Usiadł, dysząc krótkim, urywanym oddechem. Żadnego sinego światła. Żadnych dziwnych, przezroczystych duchów.

Spojrzał na Mysiego Rycerza, który leżał obok. Bał się dotknąć jego ciała, bał się, że może już umarł. Nie pamiętał, kiedy zasnął. Nie chciał tego zrobić. Nie chciał...

Dotknął ciała. Mimo że było zimne, Mysi Rycerz jęknął.

Oczy Smykacza rozjaśniły się. Widział już chore myszy. Cała jego rodzina zmarła na jego oczach. Jedno po drugim. Coraz mniej małych ciałek leżało obok niego, kiedy spał, a jego bracia i siostry umierali dokładnie w tej samej sytuacji, jaka miała miejsce teraz. Pamiętał to dobrze. W końcu została tylko jego mama, drżąca z zimna, próbująca osłonić go i umierająca z głodu, ponieważ oddała mu całe jedzenie. Ten mysz, który teraz leżał przed nim, był bardziej chory niż jakakolwiek mysz, którą Smykacz widział w życiu. Bardziej nawet niż ci, których widział w królestwie i którzy umarli na tę samą chorobę. Każdy z nich byłby już do tej pory martwy. Każdy. Nawet w ogrzewanej sali z jedzeniem i piciem, żaden z nich nie wytrwałby tak długo jak Mysi Rycerz.

- Och, mój drogi Panie - załkał Smykacz, zlizując lód z oczu rycerza. - Jesteś taki silny.


Jakiś czas później, chociaż Smykacz nie umiałby powiedzieć, kiedy, gdyż czas stracił już wszelkie znaczenie, mały mysz upadł. Upadł i nie mógł się podnieść. Mysi Rycerz leżał na jego grzbiecie. Nadszedł koniec.

Poczuł, że ciało odmawia mu posłuszeństwa. Był ciekaw, czy w niebie będzie ciepło.

Potem poczuł znajomy zapach - był pewien, że śni.

Podniósł oczy w swoim śnie i zobaczył, że stoi przed nim Tłuścioch. Znowu był gruby. I wyglądał na szczęśliwego.

- W rzeczy samej, Smyku, jest tutaj ciepło i przytulnie. I mają tu jedzenie każdego rodzaju. Wszystko, co mógłbym sobie wyobrazić i tysiąc razy więcej. Jest super.

Smykacz zmrużył oczy i skrzywił się. Tłuścioch nigdy nie wyglądał tak... zdrowo. Tak silnie i potężnie.

- Ale nie dla ciebie te rozkosze, mały - powiedział Tłuścioch. - Wstawaj natychmiast, rozumiesz? Rusz ten leniwy zadek i stawaj na nogi!

...zobaczył, że stoi przed nim Tłuścioch... (Copyright 2002 Cutter Hays)

Smykacz ani drgnął. Wpatrywał się tylko w zjawę.

- Powiedziałem wstawaj, smarkaczu! - wrzasnął Tłuścioch. - Nie możesz teraz zawieść swojego pana! On ciągle żyje. Nie możesz się teraz zatrzymać, Smyku... jesteś tak blisko.

Smykacz poczuł łzę, która stoczyła się po policzku i szepnął:

- Potrzebujemy pomocy.

Tłuścioch wyszczerzył zęby w szerokim, ciepłym uśmiechu.

- Hej, jeśli tylko ruszysz te cztery litery, zobaczysz, co Mysi Bóg przygotował dla ciebie, dzielny chłopcze.

Smykacz otworzył szeroko oczy.

- Jesteś Mysim Bogiem?! - wyjąkał.

Tłuścioch obrzucił go ironicznym spojrzeniem.

- Wcale tak nie powiedziałem, mały. Powiedziałem, że Mysi Bóg zesłał ci pomoc. Taki był kontrakt. Święta misja otrzyma pomoc. Kiedy tylko... stanę się tym, czym się stałem.

- Jesteś Mysim Bogiem! - powiedział zdumiony Smykacz.

Tłuścioch potrząsnął głową.

- To beznadziejne. Po prostu... patrz. - I wskazał na niebo.

Smykacz wygiął słabą, obolałą szyję, aby spojrzeć w górę.

Od linii horyzontu za nim przez niebo biegła długa wstęga, zakręcająca ponad jego głową i prowadząca dalej jak drogowskaz w stronę pola leżącego przed nim. Znikała tuż za następnym wzgórzem.

Wstęga składała się z pszczół.


Rozdział 9: Koniec misji



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group


designed by gryzaj